Porwania obywateli RP za granicą cz. 3: czy Polska posiada możliwości odbicia zakładnika?

Operatorzy Wojsk Specjalnych

Dobra, trzecia część tekstu dotyczącego uprowadzeń Polaków za granicą. Czas na mocniejsze uderzenie – odbijanie zakładników, czyli to na co czekaliście najbardziej 😉 W pierwszej części artykułu opowiadaliśmy o tym, że porwania Polaków za granicą należą w gruncie rzeczy do rzadkości. Dodatkowo, ogromna większość z nich ma podłoże kryminalne, a nie terrorystyczne.

Jeśli dojdzie już jednak do uprowadzenia obywatela RP, kluczową rolę w rozwiązywaniu tej sytuacji odgrywają procedury: skłonność rządu do zapłaty okupu, posiadanie przez ofiarę polisy ubezpieczeniowej i sprawne przeprowadzenie negocjacji. O wszystkim tym, oraz o ograniczonym doświadczeniu polskich instytucji w zakresie rozwiązywania zagranicznych porwań mówiliśmy w drugiej części artykułu.

Wbrew obiegowej opinii to właśnie negocjacje i zapłata okupu są najczęściej stosowanym przez państwa zachodnie sposobem rozwiązywania porwań. Wyjątkami są przede wszystkim UK i USA, które podejmują próby „siłowego” odbicia zakładników. Wymaga to posiadania bardzo sprawnych sił zbrojnych, wywiadu i dyplomacji. Czy podobnymi zdolnościami dysponuje również Polska, a jej obywatele mogą liczyć na to, że porywaczy dosięgnie sprawiedliwość „jak grom z jasnego nieba?”

Zanim przejdziemy do bezpośredniej odpowiedzi na to pytanie, przytoczymy Wam krótką historię, która wydarzyła się naprawdę (zmieniliśmy lub pominęliśmy niektóre detale, które nie wpływają jednak na odbiór całości)…

Porwanie polskiego statku

Kolejną spokojną noc na pokładzie statku należącego do polskiego armatora zmącił komunikat podawany przez radio:

– Uwaga, uwaga! Zostaliśmy zaatakowani. Proszę o natychmiastowe udanie się do siłowni.

– To chyba jakieś ćwiczenia? Weź zobacz co tam się stało. – zwrócił się jeden z oficerów znajdujących się w okolicach mostka do swojego kolegi.

– Nie! Kur…. Na burcie mamy piratów! To atak! – wykrzyknął jeden z marynarzy.

Ta chwila zawahania drogo kosztowała niektórych członków załogi. Większości z nich udało się przedostać do siłowni i zabarykadować w środku. Kilku oficerów, w tym kapitan nie zdążyło jednak zejść pod pokład. Zostali pojmani przez piratów. Napastnicy zabrali dodatkowo z pokładu statku wszystkie wartościowe przedmioty, takie jak laptopy, telefony i aparaty, po czym odpłynęli z zakładnikami.

Pozostała część załogi, znajdująca się w zabarykadowanej siłowni wysłała za pomocą telefonu satelitarnego sygnał z prośbą o pomoc i oczekiwała jej nadejścia. W międzyczasie statek dryfował na wodach przybrzeżnych jednego z afrykańskich krajów. Wkrótce na miejscu pojawił się okręt należący do lokalnej marynarki wojennej.

Administracja RP, która została poinformowana o całym zdarzeniu stanęła przed dylematem. Co robić? Negocjować? A może odbijać zakładników? Był to moment „zmiany warty” – sformowano nowy rząd, a świeżo powołany na stanowisko Minister Obrony Narodowej, bardzo mocno rozważał wdrożenie rozwiązania „siłowego”. Miał chęci i odwagę przeprowadzić spektakularną akcję międzynarodową i pokazać, że Polacy się w tym tańcu nie pier… (Wrrróć! Jesteśmy na blogu.) szczypią 😉

W stan gotowości postawiono elitarną polską jednostkę specjalną, która specjalizuje się w działaniach typu Hostage Rescue. Dowództwo otrzymało jasny przekaz – przygotujcie operację odbicia zakładników. Tu jednak zaczęły się schody… Okazało się, że operatorów i potrzebny sprzęt trzeba „jakoś” przetransportować na miejsce zdarzenia. Pomijając kwestie formalne i tony „kwitów” związanych z przewozem broni i amunicji na inny kontynent, trzeba było zorganizować przerzut lotniczy, który byłby na tyle pojemny, aby pomieścić np. łodzie typu RIB.

W rejonie działania operatorzy potrzebowali również m.in. dostępu do odpowiednich środków transportu morskiego. Okazało się, że logistyka związana z rozwiązaniem „siłowym” jest bardzo skomplikowana, a Wojsko Polskie nie dysponuje odpowiednimi możliwościami w tym zakresie. Trzeba było wesprzeć się rozwiązaniami cywilnymi i pomocą partnerów. W pewnym momencie wysocy oficerowie jednostki, podliczyli koszty paliwa, zakwaterowania, przerzutu sprzęt i przedstawili wszystkie zawiłości ministrowi podczas jednego z briefingów:

– To ile to będzie kosztować? – spytał w końcu polityk.

– Za całość panie Ministrze? To będzie… jakieś 150 milionów złotych. Ale to tak „na oko” – odpowiedział nieśmiało jeden z oficerów jednostki specjalnej.

– A ile chcą piraci za naszych zakładników?

– Jakieś 15 razy mniej…

Dwa tygodnie później uprowadzeni Polacy zostali uwolnieni w wyniku skutecznie prowadzonych z piratami negocjacji. Ich ciężar administracja pozostawiła w znacznej mierze na barkach armatora, do którego należał statek. Wojska Specjalne nie zostały wykorzystane. Wierzycie w to, że nie doszło w tym przypadku do przekazania okupu?

Przygotowanie rozwiązania siłowego w przypadku porwania

Powyższa sytuacja dobitnie pokazuje dysonans pomiędzy ambicjami i chęciami państwa polskiego, a faktycznymi możliwościami do prowadzenia działań międzynarodowych na dużą skalę. Posiadamy w naszych strukturach wojskowych jednostki specjalne odpowiednio przeszkolone do działań typu hostage rescue. Należy sobie zdać jednak sprawę z tego, że jest to ostatni element całej „machiny” służącej ewentualnemu odbiciu zakładnika.

Aby w ogóle doszło do momentu, w którym operatorzy staną pod murami budynku, w którym przetrzymywany jest uprowadzony Polak, niezbędne jest podjęcie szeregu innych działań:

  • Ustalenia. Należy znać dokładną lokalizację miejsca przetrzymywania zakładnika. Precyzyjne jej określenie jest zadaniem komórek wywiadu i zależy w szczególności od posiadanych źródeł osobowych i dostępnych narzędzi technologicznych.
  • Rozpoznanie. Po ustaleniu lokalizacji zakładnika niezbędne jest uzyskanie jak największej ilości informacji o obszarze, na którym prowadzone będą ewentualne działania. Do przeprowadzenia szturmu potrzebne będą chociażby mapy, zdjęcia (satelitarne/z samolotu/z bezzałogowców) i materiały foto/wideo pozyskane „w terenie”.
  • Planowanie. W oparciu o materiały wywiadowcze i dane pozyskane podczas rozpoznania, oficerowie jednostki specjalnej przygotowują plan operacji. Muszą również ustalić jakie siły i środki będą niezbędne do sprawnego i bezpiecznego przeprowadzenia działań.
  • Przygotowanie. Po zatwierdzeniu planu należy skoordynować współdziałanie komórek uderzeniowych („specjalsi”), transportowych (lotnictwo, marynarka), wsparcia technicznego, wywiadu i dyplomacji. Najważniejsze pytania to: jak przerzucić operatorów? Czym ich przerzucić? Jak zespół szturmowy powróci do miejsca bezpiecznego? Jak zalegendować pojawienie się na danym terenie przynajmniej kilkunastu operatorów? Jak zapewnić im wsparcie na wypadek niepowodzenia misji? Jak uzyskać zgodę na działania sił specjalnych na terenie obcego państwa? Jakie konsekwencje dyplomatyczne wywoła przeprowadzenie operacji?
  • Proces decyzyjny. Na każdym etapie działań konieczne jest zapewnienie niezakłóconej wymiany informacji i sprawnego procesu podejmowania decyzji. Powinien być on oparty o procedury ustalone zawczasu i stworzone na bazie poprzednich doświadczeń i szkoleń. Ostateczne decyzje podejmowane są jednak na poziomie ministerialnym.
Żołnierz podczas operacji odbicia zakładnika
Nawet najlepsza jednostka specjalna nie będzie w stanie odbić zakładnika, jeśli siły zbrojne nie dysponują zdolnościami wsparcia tego typu działań.

Słabe ogniwa systemu ratowania zakładnika

Planowanie operacji odbijania zakładników utrudniają znaczące braki Wojska Polskiego w zakresie tzw. ISTAR (Intelligence, Surveillance, Target Acquisition, Reconnaissance), systemów łączności i dowodzenia. Co to oznacza? W dużym uproszczeniu: kojarzycie te obrazki, na których prezydent Obama obserwuje na żywo, na ekranie monitora, operację Seal Team Six, której celem był Osama Bin Laden? Tak? No to my właśnie takich możliwości śledzenia i przesyłania tego, co dzieje się na polu walki nie posiadamy.

Zacznijmy od początku. Problemem są ograniczone zdolności wywiadowcze Polski, które komplikują ustalenie lokalizacji zakładnika. Największe ryzyko porwania zachodzi w krajach niestabilnych, położonych m.in. na terenie Afryki Północnej i Bliskiego Wschodu. Ciężko jest nam sobie wyobrazić, aby wywiad posiadał rozbudowaną sieć aktywów nawet w niektórych z leżących na tym obszarze państw.

Musimy jednak wziąć służby w obronę. Naszym zdaniem, założenie aby wywiad RP miał charakter „globalny” i działał w każdym zakątku świata jest nierealne. Przynajmniej na obecnym etapie. Mamy zbyt limitowane siły i środki, aby rozpraszać je na wiele obszarów działania. Dlatego AW i SWW powinny skupić się na bardzo dokładnym rozpracowaniu operacyjnym jedynie kilku najistotniejszych z perspektywy bezpieczeństwa Polski kierunków.

W większości przypadków, służby RP nie będą więc posiadały możliwości samodzielnego zlokalizowania miejsca przetrzymywania uprowadzonego Polaka. Wyjątkiem mogą być obszary, na których stacjonuje Wojsko Polskie. Na ich terenie wywiad wojskowy powinien posiadać większe możliwości oddziaływania w sferze HUMINT.

Alternatywę dla źródeł osobowych mogłaby stanowić technologia. Jednak z uwagi na to, że w polskich służbach nie dokonano po roku 90-tym modernizacji, wspomniany obszar zawsze traktowany był nieco „po macoszemu”. Wywiad nie posiada więc mobilnych zdolności z zakresu SIGINT, które mogłyby zostać szybko przerzucone na wskazany teren działań i zajmować się tam pozyskiwaniem informacji.

Z kolei Wojsko Polskie nie dysponuje formacją podobną np. do tzw. Intelligence Support Activity (ISA), która to w Stanach Zjednoczonych odpowiedzialna jest m.in. za zbieranie informacji wywiadowczych na potrzeby operacji specjalnych. Wykorzystując narzędzia SIGINT i monitorując środki komunikacji, żołnierze wspomnianej jednostki namierzyli np. w 1982 roku we Włoszech kilku terrorystów należących do Czerwonych Brygad. Pozwoliło to na odnalezienie porwanego w tym kraju amerykańskiego generała Jamesa Doziera. ISA odegrała prawdopodobnie również bardzo istotną rolę w ustaleniu lokalizacji Osamy Bin Ladena.

Pod kątem operacji typu Hostage Rescue szczególnie dotkliwe są ponadto braki wojska w zakresie rozpoznania powietrznego i kosmicznego. Wojska Specjalne nie posiadają np. autonomicznego dostępu do zobrazowań satelitarnych, które mogłyby dostarczyć istotnych informacji na potrzeby szturmu. Brakuje również m.in. systemu dowodzenia, który pozwalałby na zbieranie danych za pomocą różnych środków (dronów, zespołów snajperskich, czy punktów zakrytych), a następnie przekazywanie tych informacji do poszczególnych operatorów w czasie rzeczywistym.

Kolejnymi czynnikami ograniczającymi możliwości działania naszych jednostek specjalnych jest rozdrobnienie kompetencji z zakresu wywiadu wojskowego pomiędzy będący w strukturach wojskowych Zarząd Analiz Wywiadowczych i Rozpoznawczych-P2, a także niejako wyjętą z tych struktur Służbę Wywiadu Wojskowego. Ta ostatnia, po rozwiązaniu WSI, tworzona była w znacznej mierze przez osoby wywodzące się ze służb cywilnych i zatraciła swój militarny charakter.

W przeciwieństwie do USA i UK, Polska nie posiada również systemu baz wojskowych i rozbudowanej marynarki, które mogłyby zostać wykorzystane jako punkty, z których operować będą Wojska Specjalne.

Ponadto, nasi operatorzy mają znacznie mniejsze doświadczenie bojowe w porównaniu z jednostkami brytyjskimi i amerykańskimi. Należy się więc liczyć z tym, że pierwsze operacje mogłyby zakończyć się niepowodzeniem. Zaliczali je nawet żołnierze słynnej „Delty” (1st SFOD-D), gdy np. na początkowym etapie swego istnienia podjęli próbę odbicia zakładników przetrzymywanych w ambasadzie USA w Iranie.

W związku z tym, przy okazji operacji typu hostage rescue, przyjdzie nam prawdopodobnie liczyć na umiejętności i kontakty naszych dyplomatów. Wykorzystując dodatkowo wsparcie sojuszników, MSZ mógłby teoretycznie uzyskać pomoc lokalnych służb w ustaleniu lokalizacji polskiego zakładnika. Władze danego kraju mogłyby również umożliwić przeprowadzenie szturmu naszym Wojskom Specjalnym.

Budzi to jednak wątpliwości dotyczące bezpieczeństwa informacyjnego organizowanej w tej sposób operacji. Poza tym, nasza dyplomacja do najsprawniejszych nie należy…

Wyzwania taktyczne towarzyszące operacji odbicia zakładnika

Skuteczne odbicie zakładnika obarczone jest bardzo wysokim ryzykiem taktycznym, które wynika przede wszystkim z istnienia szeregu czynników, na które nawet świetnie wyszkoleni operatorzy Wojsk Specjalnych nie mają wpływu. Występują one na każdym etapie operacji.

Już w trakcie podejścia do obiektu, w którym przetrzymywana jest osoba uprowadzona istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że zespół szturmowy zostanie zauważony. W takim przypadku, operatorom pozostaje już tylko „bieg” i nadzieja na to, że sprawcy nie zdecydują się, lub nie zdążą zabić zakładnika zanim dotrą do niego żołnierze.

Wyzwanie stanowi również architektura obiektu, który ma być atakowany. Jeśli jest on wielopoziomowy, rozległy i do tego zabarykadowany, to „wyczyszczenie” całego obszaru w krótkim okresie będzie trudne. Niezbędna będzie do tego olbrzymia liczba szturmanów i pracy planistyczno-koordynacyjnej.

Z drugiej strony, szturmowany budynek może mieć niewielkie rozmiary, a być przy tym trudno dostępnym i posiadać tylko jeden punkt wejścia. Wówczas dotarcie do zakładnika będzie obarczone niebezpieczeństwem pokonania „wąskiego gardła”. Jeśli zespół szturmowy zostanie w tym miejscu zblokowany, szanse osoby porwanej na przeżycie maleją z każdą sekundą. Sytuację mogą dodatkowo utrudnić „niespodzianki” przygotowane przez porywaczy.

Należy przy tym pamiętać, że od momentu ujawnienia się zespołu szturmowego „zegar życia” zakładnika tyka nieubłaganie. Krytycznych jest pierwszych kilkanaście-kilkadziesiąt sekund. Każda zwłoka operatorów może spowodować, że sprawcy podejmą próbę ucieczki z zakładnikiem, wystawią go jako „żywą tarczę” na drodze podejścia szturmanów, lub co gorsze zdecydują się go „pozbyć”.

Najbardziej frustrującą rzeczą do jakiej może dojść podczas operacji odbijania zakładnika jest chyba śmierć porwanego w wyniku postrzału przez jednego z przybywających mu z pomocą żołnierzy. W sytuacji zagrożenia życia i ogromnego stresu osoby przetrzymywane potrafią zachowywać się w sposób nieprzewidywalny. Niektórzy są w takim szoku, że nie reagują na żadne polecenia. Inni są niezwykle pobudzeni i nie dają się uspokoić (nawet „z pomocą” ;-)). Mogą wtedy m.in. próbować biec w kierunku zespołu szturmowego.

W takich przypadkach, istnieje prawdopodobieństwo, że operatorzy źle odczytają intencje zakładnika, potraktują go jako zagrożenie i oddadzą w jego kierunku strzały. Ofiara może również chcieć „pomóc” żołnierzom przejmując broń należącą do porywaczy lub podejmując z nimi walkę. Znane są też przypadki, w których uprowadzający przytwierdzali do rąk zakładników atrapę broni lub ukrywali pod ich ubraniem ładunki wybuchowe.

Jaką politykę prowadzi RP? Negocjacje, czy rozwiązania siłowe?

Wszystkie opisane przez nas trudności sprawiają, że przeprowadzenie szturmu zawsze wiąże się z ryzykiem. Potwierdzają to statystyki pochodzące z branży zajmującej się doradztwem w sytuacjach uprowadzenia. Według tych danych w połowie wszystkich operacji typu hostage rescue ginie albo zakładnik, albo jeden z odbijających. Oprócz tego, wartość „odstraszająca” takich działań względem kolejnych, potencjalnych porywaczy jest bardzo trudna do oszacowania.

Wszystkie te problemy dały o sobie znać podczas misji mającej na celu ratunek Stephena Farrella. Był on dziennikarzem pracującym w Afganistanie z ramienia The New York Times. Został uprowadzony wraz ze swoim tłumaczem we wrześniu 2009 roku, w pobliżu miasta Kunduz. Kilka dni później brytyjskie siły specjalne podjęły próbę szturmu. Reporter został uratowany, lecz podczas operacji zginął jego współpracownik, który zaczął podążać w kierunku żołnierzy wykrzykując słowa „dziennikarz, dziennikarz”. Został on prawdopodobnie zastrzelony przez jednego z operatorów. Podczas działań zginął również brytyjski żołnierz.

Możliwości odbicia przez RP obywatela porwanego za granicą są więc bardzo ograniczone. Nie ma się zresztą czego wstydzić – tak naprawdę tylko niewielka grupa państw dysponuje tego typu zdolnościami. Muszą one być dodatkowo wsparte wolą polityczną i zdolnością rządu do znoszenia presji społecznej. Problem polega jednak na tym, że Polsce brakuje rzetelnej analizy posiadanych obecnie możliwości, a następnie podjęcia decyzji odnośnie tego jakie zasoby należy rozbudować i jaką strategię przygotować na wypadek porwania. Alternatywą dla rozwiązań siłowych są przecież negocjacje.

Ten „okrak decyzyjny” polskiej administracji uwidocznił się w 2008 roku, kiedy to porwano i zabito w Pakistanie Piotra Stańczaka. Nasze instytucji nie były w stanie podjąć decyzji, co do tego w jakim kierunku będą zmierzać ich działania. Z jednej strony premier publicznie wysłał sygnał o tym, że rząd nie zapłaci okupu. Nie podjęto też prób negocjacji z pierwotnymi porywaczami, którzy kierowali się motywami finansowymi. Z drugiej zaś, przeprowadzenie operacji odbicia polskiego inżyniera, gdy trafił on już w ręce talibów (Tehrik-e-Taliban Pakistan) było prawdopodobnie nierealne.

W tym samym czasie w Pakistanie zostali uprowadzeni jeszcze chińscy inżynierowi, a także irański dyplomata. Wszyscy z nich przeżyli (jeden z chińczyków uciekł). Było to wynikiem skutecznych negocjacji prowadzonych przez poszczególne kraje, które posiadają przecież znacznie większe możliwości dyplomatyczne, wywiadowcze i militarne w tym regionie niż Polska. Nasz rząd nie miał również oporów w sprawie podjęcia rozmów przy okazji porwanej cztery lata wcześniej T. Borcz.

Rożnicę w podejściu poszczególnych państw do kwestii porwań zagranicznych dobrze obrazuje sprawa uprowadzenia kilkunastu dziennikarzy i pracowników organizacji humanitarnych w Syrii, w latach 2012-2014. W pewnym momencie wszyscy oni byli przetrzymywani wspólnie, w opuszczonym szpitalu, niedaleko Aleppo. Co ciekawe połowę budynku „dzierżawiła” odnoga Al-Kaidy – Dżabhat an-Nusra, a drugą połowę Państwo Islamskie. Wielu dżihadystów pełniących funkcję strażników pochodziło również z krajów europejskich.


Pośród zakładników byli m.in. Duńczyk, Francuzi, Hiszpanie i Włoch, którzy zostali uwolnieni w wyniku prowadzonych przez poszczególne rządy lub prywatnych negocjatorów rozmów. Za każdym razem dochodziło najprawdopodobniej do przekazania okupu. Z kolei porwani Amerykanie i Brytyjczycy zostali zamordowani. Po tym jak porywacze zorientowali się, że nie dostaną w zamian za nich pieniędzy, zdecydowali się wykorzystać ich dla celów propagandowych.

Brutalne nagrania video obrazujące odcięcia głowy Jamesowi Foleyowi, Stevenowi Sotloffowi, Davidowi Hainesowi, Alanowi Henningowi i Peterowi Kassigowi zostały opublikowane w Internecie. Los jednego z zakładników – Johna Cantlie do dziś pozostaje nieznany. Po tym, gdy europejscy zakładnicy zostali uwolnieni, Amerykanie podjęli próbę odbicia reszty porwanych (lipiec 2014 r.), która zakończyła się niestety niepowodzeniem.

Nie rozstrzygamy jeszcze, która z tych dróg jest lepsza – płacenie okupu, czy siłowe odbicie zakładnika. Argumenty obu stron przytoczymy w kolejnym artykule. Pokazujemy jednak, że poważne podejście do spraw bezpieczeństwa wymaga posiadania określonej strategii na wypadek porwania obywatela za granicą. Polskie instytucje zdają się natomiast postępować chaotycznie, od kryzysu do kryzysu, bez długofalowej strategii.

Możecie z nami porozmawiać za pośrednictwem:

Zapiszcie się też na wysyłany przez nas co tydzień newsletter. Zawiera on informacje o nowych artykułach oraz ekskluzywne i prawdziwe anegdoty ze świata wojska i służb mundurowych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back To Top