Porwania obywateli RP za granicą cz. 2: jak funkcjonuje „rynek” porwań?

Negocjacje dotyczące porwania

W pierwszej części artykułu opowiadaliśmy o tym, że porwania obywateli państw zachodnich za granicą należą w gruncie rzeczy do rzadkości. Częstotliwość występowania tego typu incydentów z udziałem Polaków jest natomiast jeszcze mniejsza. Dodatkowo, ogromna większość uprowadzeń ma podłoże kryminalne, a nie terrorystyczne. Wskazaliśmy też czynniki, które mają wpływ na bezpieczeństwo potencjalnej ofiary.

Należą do nich działania prewencyjne mające na celu minimalizację zagrożenia. Jeśli jednak już do niego dojdzie kluczową rolę odgrywają procedury obowiązujące w danym kraju na wypadek porwania: skłonność do zapłaty okupu, sprawne prowadzenie negocjacji i to, kto będzie za nie odpowiedzialny. Szanse na przeżycie ofiary zwiększa również posiadanie przez nią odpowiedniej polisy ubezpieczeniowej i przynależność sprawców do grupy przestępczej.

Prowadzenie negocjacji z osobami kierującymi się względami czysto finansowymi jest na ogół łatwiejsze, niż w przypadku organizacji terrorystycznych, których motywy działania mogą być bardziej skomplikowane. Jak to wszystko wygląda w praktyce? Jak działa ubezpieczenie na wypadek uprowadzenia? Jak toczone są rozmowy z porywaczami? Czy lepiej, aby kierował nimi zewnętrzny doradca, czy rząd danego kraju? Lecimy 😉

Jak funkcjonuje „rynek” porwań?

Porwania mogą kojarzyć się z uruchomieniem ogromnej „machiny” państwowej, w ramach której powoływany jest sztab ludzi pracujących 24/7. Czasem rzeczywiście tak się zdarza. Jednak w skali globalnej uprowadzenia to w pierwszej kolejności sprawnie funkcjonujący „rynek” prywatny. Zamożni klienci korzystają z produktów takich firm jak Lloyds, aby zabezpieczyć się przed ryzykiem porwania. Początkowo w skład polis ubezpieczeniowych wchodziła jedynie refundacja kosztów okupu.

Mniej więcej na przełomie lat 70 i 80-tych zdano sobie jednak sprawę z tego, że pozostawienie negocjacji z porywaczami w rękach rodzin nie jest najlepszym rozwiązaniem. Najbliżsi ofiary narażeni są w takich sytuacjach na olbrzymi stres, działają pod wpływem emocji i nie mają wystarczającego doświadczenia, aby skutecznie prowadzić rozmowy z napastnikami.

Skutkiem tego jest zawyżanie płaconych okupów i większa częstotliwość uprowadzeń, co odbija się negatywnie na wynikach finansowych firm ubezpieczeniowych. Zdecydowały się więc one na uzupełnienie swoich ofert o wsparcie klientów w postaci konsultanta, którego zadaniem jest prowadzenie negocjacji w przypadku dostania się posiadacza polisy do niewoli.

Obecnie jest to rynek, którego wartość szacuje się na ok. 250-300 milionów USD rocznie. Ubezpieczenia wykupują nie tylko zamożne rodziny. Posiada je również wiele firm z listy największych przedsiębiorstw na świecie (tzw. Fortune 500). Profesjonalizacja „porwań” przyniosła zaskakująco korzystne rezultaty, jeśli chodzi o bezpieczeństwo ofiar. Według danych branżowych 97% porwań, w których negocjacje prowadzi doradca zewnętrzny kończy się powrotem ofiary do domu.

Mniej niż 1% uprowadzonych ponosi śmierć. Pozostali albo uciekają z rąk oprawców, albo zostają odbici. Wbrew kreowanemu w filmach i literaturze sensacyjnej wizerunkowi, rzeczywistość związana z porwaniami to przede wszystkim negocjacje i przekazywanie okupu, a nie brawurowe operacje odbicia zakładników.

Wydaje się, że „rynek” uprowadzeń osiągnął dzięki temu pewien stan równowagi, w którym to ogromna większość ofiar powraca szczęśliwie do domu, porywacze osiągają z tego tytułu zyski, a firmy ubezpieczeniowe i konsultanci dbają o to, aby interesy obydwu grup pozostawały zrównoważone. Nie wyklucza to późniejszego schwytania oprawców przez organa ścigania lub jednostki specjalne. Okup płacony na rzecz zorganizowanych grup przestępczych oscyluje na ogół w granicach 5-10% kwoty „wywoławczej”.

Polski „rynek porwań” jest znacznie mniej rozwinięty niż jego zachodnie odpowiedniki, a zwłaszcza sektor brytyjski. Cieszy się również mniejszym „prestiżem”, gdyż w naszych realiach uprowadzeniami nie zajmują się „kontraktorzy” lub „doradcy ds. bezpieczeństwa”, posiadający efektowne „korporacyjne” strony internetowe. Sprawy uprowadzeń trafiają na ogół do jednej z kilku dużych agencji detektywistycznych. Ponadto, bardzo mała liczba obywateli RP jest porywana za granicą (o tych, mających miejsce na terenie kraju opowiemy Wam innym razem).

Zewnętrzne firmy vs instytucje publiczne w sytuacjach uprowadzeń za granicą

Mocnym punktem zewnętrznych konsultantów jest ich skuteczność w zakresie bezpieczeństwa zakładnika, potwierdzona rozległym doświadczeniem. Co więcej, w porównaniu do rządów państw, prywatne firmy brzmią bardziej wiarygodnie, gdy utrzymują podczas negocjacji, że dysponują np. ograniczonymi środkami finansowymi. Podobnie jak inne produkty ubezpieczeniowe, polisy pozwalają też zarządzać ryzykiem i operować przedsiębiorstwom w niesprzyjającym środowisku.

Słabymi stronami rynku prywatnego są wysokie koszty usług doradców i samego ubezpieczenia, choć bardzo ograniczony zakres ochrony można uzyskać już za stosunkowo niewielką cenę. Zdarza się również, że firma mająca dobrą reputację nadużywa jej. Przydzielonemu do danej sprawy konsultantowi może brakować np. znajomości regionu, w którym doszło do porwania.

Przykład jednego ze znanych polskich detektywów, który uczestniczył w kilku sprawach dotyczących porwań pokazuje jednak, że zagrożeniem może być również wątpliwa etyka zawodowa zewnętrznego doradcy. Może ona prowadzić do tego, że dobro klienta ustąpi np. miejsca dążeniu do zdobycia popularności w segmencie rozrywki i taniej sensacji. Z drugiej strony, wspomniany „specjalista” jest przejawem niedojrzałości rodzimego rynku.

Jego dalszy rozwój spowoduje, że z czasem „poważne sprawy” będą trafiać w większości do firm operujących na innym poziomie profesjonalizmu. Jak w każdej branży opartej o zasady wolnego runku – zdarzają się przedsiębiorstwa nieuczciwe lub niekompetentne, ale na dłuższą metę sukces odnoszą te, które najlepiej spełniają oczekiwania klientów.

Między państwowymi instytucjami bezpieczeństwa, a prywatnymi doradcami panuje z reguły nieufność. W 1991 roku Włochy wprowadziły nawet zakaz sprzedaży ubezpieczeń na wypadek porwania i płacenia okupów. Jedynym skutkiem tego działania było jednak to, że tego typu przestępstwa przestały być zgłaszane właściwym organom, a cały proceder odbywał się z terenu innego kraju. Gdyby „branża porwań” nie istniała, rodziny po prostu płaciłyby porywaczom na własną rękę.

Coraz więcej rządów decyduje się więc na oficjalne usankcjonowanie działalności zewnętrznych konsultantów, m.in. poprzez wydawanie odpowiednich licencji (np. we Francji). Firmy doradzające w sytuacjach uprowadzeń są tolerowane nawet przez państwa stosujące politykę braku ustępstw wobec terrorystów (UK i USA). Nie współpracując z sektorem prywatnym, służby traciłyby ponadto możliwość pozyskiwania cennych informacji wywiadowczych w trakcie procesu negocjacji.

Sami konsultanci też na ogół z chęcią współpracują z władzami, gdyż wywodzą się przeważnie z kręgów „mundurowych”. Zdarza się np., że prywatny doradca prowadzi negocjacje, a ostatecznym przekazaniem okupu zajmuje się służba wywiadowcza.

Presja polityczna utrudnia rządom prowadzenie negocjacji z porywaczami

Im mniejsza grupa prowadzi negocjacje tym lepiej, ponieważ skraca to proces decyzyjny. Rozmowy toczone przez prywatnych doradców mają w tym zakresie przewagę nad tymi, w których uczestniczą rządy. Te ostatnie podejmują dodatkowo działania w warunkach presji politycznej związanej z oczekiwaniami społecznymi. Konsekwencją tego jest to, że kraje płacące okupy (m.in. Hiszpania, Francja, Włochy i Niemcy) są często słusznie oskarżane o „psucie rynku” i zawyżanie stawek.

W książce Łukasza Maziewskiego „W Cieniu” były szef Agencji Wywiadu Grzegorz Małecki, na pytanie o wysokość okupów płaconych porywaczom przyznaje: „Z mojej wiedzy wynika, że są to duże pieniądze – kilka milionów dolarów.” (strona 20). Takie kwoty też się zdarzają. Albo jednak wiedza byłego zwierzchnika „szpiegów” jest niepełna, albo miał on na myśli jedynie sumy płacone przez rządy. Na rynku prywatnym możliwe jest wynegocjowanie znacznie niższego okupu.

W przypadku porwania Australijczyka Nigela Brennana, uprowadzonego u wybrzeży Somali londyńska firma AKE prowadząca negocjacje ustaliła kwotę zapłaty na ok. 600700 tys. USD. Z kolei brytyjskie małżeństwo Tebbutt’ów zostało uwolnione po zapłacie okupu rzędu 600 tys. GBP. Potwierdzałoby to naszą tezę o tym, że presja polityczna nie sprzyja efektywnym negocjacjom, a zewnętrzni doradcy potrafią być co najmniej równie kompetentni, co instytucje państwowe.

Innym zabiegiem mającym ograniczyć kwoty płacone w ramach okupu jest brak przekazywania rodzinie porwanego pieniędzy „z góry”. Firmy ubezpieczeniowe jedynie refundują poniesione wydatki po zakończeniu sprawy. Negocjacje zaś przeciągają się z reguły w czasie. Zbyt szybkie zawarcie ugody grozi bowiem tym, że napastnicy dojdą do przekonania, że zażądali zbyt niskiej kwoty. Mogą wtedy zdecydować się na przetrzymanie zakładnika i wysunąć kolejne żądania finansowe lub, co gorsza polityczne.

Zbyt szybkie spełnienie oczekiwań napastników mogłoby ponadto przyczynić się do zwiększenia częstotliwości porwań. Podobny efekt miałoby także posiadanie przez przestępców informacji na temat tego, kto dysponuje ubezpieczeniem. Dlatego firmy wymagają, aby polisy utrzymywane były przez klientów w tajemnicy. Zdarza się też, że oferują ich posiadaczom szkolenia z zakresu unikania zagrożeń.

Doświadczenie polskich instytucji w zakresie rozwiązywania zagranicznych porwań jest ograniczone

W państwach zachodnich negocjacje prowadzone przez zewnętrznego konsultanta są znacznie powszechniejsze. W Polsce uprowadzeniami za granicą będą na ogół zajmować się instytucje publiczne. Intuicja podpowiada nam również, że zaakceptowanie tego, że w tego typu incydentach nie tylko państwo może udzielać obywatelom pomocy mogłoby natrafić w Polsce na opór społeczny i/lub instytucjonalny.

Jednak jeśli weźmiemy pod uwagę tylko doświadczonych profesjonalistów funkcjonujących na „rynku porwań” i pracujących dla renomowanych firm (zdarzają się oczywiście przypadki słabo przygotowanych „kontraktorów”) to można z dużą dozą prawdopodobieństwa zaryzykować stwierdzenie, że taka osoba będzie miała większe kompetencje w zakresie prowadzenia negocjacji niż osoby zatrudnione w polskich instytucjach zajmujących się bezpieczeństwem.

Jest to smutna konkluzja, ale wynika z małego doświadczenia naszych organów w rozwiązywaniu zagranicznych porwań, oraz słabej kondycji wywiadu i MSZ. Potwierdza to wprost wspomniany wcześniej Grzegorz Małecki. Z jego słów wyłania się obraz niskiego poziomu profesjonalizmu polskich służb. ABW i AW nazywa on np. „potiomkinowskimi wioskami (..) fasada, którą malujemy, ale za nią jest pusto. I to nie jest problem tylko obecnej ekipy.” (Łukasz Maziewski, „W Cieniu”, strona 102).

Co prawda były szef AW nie odnosi tej opinii bezpośrednio do sytuacji zakładniczych za granicą, ale naszym zdaniem państwo polskie nie dysponuje obecnie odpowiednimi kompetencjami i przygotowaniem merytorycznym do całościowego zarządzania takimi incydentami. Nawet wiedza Grzegorza Małeckiego wydaje się być w tym temacie powierzchowna. Stwierdza on np., że Francja jest państwem, które „nigdy pod żadnym warunkiem nie płaci [okupu]” (strona 20).

Pokrywa się to oczywiście z oficjalnymi deklaracjami Paryża. Problem w tym, że nikt „w branży” za bardzo w to nie wierzy. Przypuszczenia dotyczące płacenia przez Francję okupu potwierdzają nawet wysocy rangą urzędnicy USA. Porwania Georges Malbrunota i Christiana Chesnota w Iraku (2004 r.), Florence Aubenas w tym samym kraju (2005 r.), a także Herva Ghesquiera i Stephana Taponiera (2009 r.) zostały najprawdopodobniej rozwiązane właśnie za pomocą przekazania napastnikom pieniędzy.

Paryż dysponuje nawet specjalnym funduszem, zatwierdzanym przez Zgromadzenie Narodowe, z którego pochodzą środki na wypłatę okupów. Ponadto, latach 2001-2015 69% francuskich zakładników porwanych przez aktorów pozapaństwowych zostało uwolnionych. Znacząco kontrastuje to z tymi samymi danymi dotyczącymi obywateli UK i USA (odpowiednio 24% i 16%), które to kraje rzeczywiście wielokrotnie odmawiały w badanym okresie płacenia okupu na rzecz organizacji terrorystycznych.

Prezydent Sarkozy próbował w pewnym momencie zmienić wspomnianą politykę (szerzej będzie o tym w kolejnej części) i zatwierdził kilka operacji sił specjalnych, których celem było odbicie zakładników. Wydaje się jednak, że jego dążenia przyćmiła presja społeczna i cena polityczna, jaka wiąże się z ewentualną śmiercią zakładnika.

W Polsce profesjonalnie przygotowane zespoły negocjatorów istnieją praktycznie tylko w Policji (i to w ograniczonym zakresie). Nie liczymy grup, które co prawda ktoś, kiedyś ogłosił mianem tych zajmujących się uprowadzeniami, ale które nie wyróżniają się odpowiednim poziomem kompetencji i doświadczenia w tym zakresie. Miało to swoje tragiczne konsekwencje przy okazji uprowadzenia polskiego geologa – Piotra Stańczaka w Pakistanie.

Negocjatorzy popełnili błąd w postaci odmowy podjęcia rozmów z pierwotnymi porywaczami, którymi byli pospolici przestępcy kierujący się motywami finansowymi. Skłoniło ich to do „odsprzedania” obywatela RP osobom powiązanym z organizacją TTP (Tehrik-i-Taliban Pakistan), znaną z działalności o charakterze terrorystycznym. Znacząco skomplikowało to sytuację porwanego Polaka.

Czy porwaniami Polaków za granicą powinny zajmować się instytucje publiczne, czy firmy prywatne?

Czy oznacza to, że powinniśmy przerzucić ciężar rozwiązywania zagranicznych porwań wyłącznie na firmy prywatne? Nie. Zwłaszcza, że naszym zdaniem wyniki pracy przynajmniej części instytucji odpowiedzialnych za bezpieczeństwo są niewspółmierne do budżetów, którymi dysponują. Dlatego należy wymagać od nich więcej. Optymalnym wydaje nam się rozwiązanie, w którym funkcjonuje zarówno rynek wyspecjalizowanych firm prywatnych jak i wsparcie państwa w przypadkach zagranicznych uprowadzeń.

Jeśli tego typu sytuacja przytrafi się zamożnej rodzinie lub pracownikowi dużej firmy, pomocy należałoby szukać przede wszystkim na rynku prywatnym. Państwo powinno jednak dbać o stosowanie przez wspomnianych aktorów odpowiednich narzędzi prewencyjnych, minimalizujących ryzyko wystąpienia porwania. Zadaniem służb jest również zapobieganie (w miarę możliwości) temu, aby w rejonach szczególnie niebezpiecznych nie pojawiali się różnego rodzaju „wariaci” żądni przygód lub kierujący się jeszcze mniej zrozumiałymi motywacjami, co naraża ich na niepotrzebne zagrożenia.

Jeśli osoby porwanej nie stać na wykupienie polisy ubezpieczeniowej, a jednocześnie realizuje w regionach podwyższonego ryzyka interes społeczny (jest np. pracownikiem NGO, państwowej spółki, dziennikarzem, czy przedsiębiorcą dbającym o polskie interesy ekonomiczne) do udzielenia wsparcia powinny być przygotowane odpowiednie instytucje państwowe. Nie musi to jednak wykluczać możliwości prowadzenia negocjacji za pomocą prywatnego podmiotu.

Konieczne jest zwiększenie zdolności w zakresie prowadzenia negocjacji przez polskie instytucje

Polska powinna więc dążyć do zwiększenia kompetencji w zakresie rozwiązywania zagranicznych porwań. Dotyczy to zarówno sektora publicznego jak i prywatnego, który również potrzebuje minimum kilku lat na „dogonienie” w tym zakresie światowej czołówki. Pożądanym wydaje się współpraca pomiędzy zewnętrznymi doradcami ds. bezpieczeństwa, a instytucjami publicznymi.

Może ona mieć oczywiście zróżnicowany charakter. Czasem służby usuną się w cień podczas negocjacji, aby uaktywnić się w momencie przekazywania okupu. Innym razem pieniądze dostarczy kontraktor (zapewniając w ten sposób państwu brak oficjalnych związków z takim działaniem), a służby postarają się dzięki temu ustalić lokalizację porywaczy. W jeszcze innych przypadkach państwo będzie działać równolegle do zewnętrznych doradców będąc z nimi cały czas w kontakcie.

Podczas rozbudowy zdolności instytucji publicznych do udzielenia pomocy uprowadzonym należy jednak uniknąć charakterystycznej dla naszej administracji „partyzantki”, która umożliwia przedkładanie partykularnych interesów ponad interes publiczny. Może to przybierać np. formę rozbudowy przez MSZ sieci placówek w odległych państwach, bez uprzedniego opracowania i wdrożenia koncepcji prowadzenia polityki zagranicznej lub ekspansji ekonomicznej w tych rejonach.

Ministerstwo może później twierdzić, że „tworzy infrastrukturę na wypadek porwania”. Efekty tego typu działania są jednak na ogół niewspółmierne do kosztów. Za publiczne pieniądze powstają nowe, dobrze płatne etaty, gdzie wysyłani są „czyiś” ludzie, którzy mówiąc eufemistycznie „nie przepracowują się, a fajnie żyją”. Nikt w centrali nie ma jednak pomysłu na ich wykorzystanie, a uprowadzenia Polaka w danym kraju zdarza się np. raz na 10 lat. Gdy dojdzie już do sytuacji kryzysowej okazuje się też, że nasze relacje i kontakty w danym państwie i tak są znikome.

Dlatego kompetencje i stopień przygotowania urzędników do prowadzenia negocjacji trzeba podnosić przede wszystkim na poziomie indywidualnym/zespołów zadaniowych. Uprowadzenia Polaków za granicą należą do rzadkości, a więc liczba specjalistów powinna być adekwatna do skali zagrożenia. Wiedzę i doświadczenie można pozyskać z Policji, sektora prywatnego, a także od partnerów zagranicznych. Najlepsi specjaliści, po zaznajomieniu się ze sprawą, potrafią oszacować z dużym prawdopodobieństwem szanse na uwolnienie zakładnika, czas potrzebny na rozwiązanie incydentu i kwotę okupu.

Dopiero w dalszej kolejności należy rozbudowywać zdolności do rozpoznania sytuacji na danym terenie. Powinno to być jednak czynione „z głową” – w oparciu o uzgodniony na szczeblu międzyresortowym plan. Przykładowo: zostaje podjęta decyzja o ekspansji ekonomicznej w kraju X, prowadzona jest w tym kierunku odpowiednia polityka zagraniczna, na rynek wchodzą polskie firmy. Proporcjonalnie więc wzrastać będzie też zagrożenie dla przebywających tam obywateli RP. Dopiero to uzasadnia rozbudowę zdolności do zapewnienia bezpieczeństwa na danym obszarze.

Należy przy tym pamiętać, że czasem nawet najpotężniejsze państwo nie będzie w stanie pomóc swojemu obywatelowi. Dziennikarz „New York Times” David Rohde został został porwany przez tzw. Siatkę Haqqaniego w Afganistanie w 2008 roku i przetransportowany do Pakistanu. Wydawnictwo posiadało wsparcie zewnętrznych konsultantów. W rozmowy dyplomatyczne z Islamabadem i ISI zaangażował się osobiście cieszący się dużą estymą amerykański dyplomata – Richard Holbrooke.

Prawdopodobnie ze względu na prowadzoną wtedy przez USA politykę walki z finansowaniem terroryzmu, prywatna firma nie prowadziła jednak rozmów dotyczących okupu. Stany Zjednoczone nie posiadały również możliwości lub nie chciały ponosić ryzyka związanego z próbą odbicia dziennikarza. Po kilku miesiącach David Rohde zdołał jednak sam uciec porywaczom i nawiązał kontakt z rodziną.

Problem polega jednak na tym, że na obecnym etapie Polska nie maksymalizuje własnych szans na udzielenie odpowiedniej pomocy obywatelom RP, uprowadzonym za granicą.

W kolejnym artykule zajmiemy się kwestią tego, czy państwo powinno płacić porywaczom okup, czy nie? Następnie zastanowimy się jakimi możliwościami odbicia zakładnika za granicą dysponuje Polska i z jakiego rodzaju trudnościami jest to związane.

Możecie z nami porozmawiać za pośrednictwem:

Zapiszcie się też na wysyłany przez nas co tydzień newsletter. Zawiera on informacje o nowych artykułach oraz ekskluzywne i prawdziwe anegdoty ze świata wojska i służb mundurowych.

4 thoughts on “Porwania obywateli RP za granicą cz. 2: jak funkcjonuje „rynek” porwań?

  1. Choć nie była to stricte operacja uwolnienia zakładnika porwanego za granicą to działania agencji detektywistycznej Krzysztofa Rutkowskiego w Norwegi nie należały pod kątem operacyjnym do łatwych. Jego ekipa …..

    coś się nie wkleiło 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back To Top