O „gaszeniu pożaru” na granicy polsko-białoruskiej i polityce RP względem wschodniego sąsiada

Żołnierze i Straż Graniczna na granicy polsko-białoruskiej

Od pewnego czasu dzielimy się z Wami za pośrednictwem newslettera przemyśleniami na temat bieżących wydarzeń. Znajomi zaczęli to nawet nazywać „felietonikami”, okraszonymi anegdotami z życia „mundurówki”. Z drugiej strony, piszecie w mailach, że powinniśmy czasem skomentować „bieżączkę”. Dlatego dziś publikujemy kilka słów na temat sytuacji na granicy z Białorusią i polityki RP względem tego państwa.

Na razie jest to format „eksperymentalny”. Jeśli chcecie tego więcej to zapisujcie się na newsletter tutaj, gdzie te tematy zostały już poruszone.Zobaczymy co z tego wyjdzie 😉

W ośrodku szkoleniowym jednej ze służb komendant dziwił się kiedyś, że słuchacze wiecznie zgłaszają do niego zapotrzebowanie na nowe… gaśnice. Niby żadnych groźnych pożarów nie było, a jednak non stop trzeba było je wymieniać. Powód okazał się być dość prozaiczny – kursanci używali gaśnic do… chłodzenia alkoholu 😉

W polskim sektorze bezpieczeństwa zapotrzebowanie na gaśnice jest również bardzo duże. Bynajmniej nie dlatego, że wszyscy piją tam chłodny browar. Wynika to raczej ze sposobu działania naszych instytucji. Są one nastawione na funkcjonowanie od jednego „pożaru” do drugiego. Często kryzysy nie są jednak spowodowane dynamicznie zmieniającymi się warunkami, których nie można było wcześniej przewidzieć.

Wręcz przeciwnie – patrząc w dłuższej perspektywie, „kryzys” na granicy z Białorusią jest skutkiem ubocznym polityki prowadzonej przez Polskę na tym kierunku. Przez lata MSZ dążył bowiem do demokratyzacji naszego wschodniego sąsiada, nie posiadając przy tym wystarczających zasobów do osiągnięcia tego celu. Było to nieskuteczne i antagonizowało tylko A. Łukaszenkę, który wprost groził wykorzystaniem migrantów do wywarcia presji na Polskę i UE.

Wadliwe funkcjonowanie komponentu analitycznego w sektorze publicznym

Brak znaczących efektów w polityce względem Białorusi jest też konsekwencją słabości naszych służb i dyplomacji. Ignorowały one fakt, że scenariusz przeciągnięcia Białorusi na stronę Zachodu był i jest w obecnym „rozdaniu” geopolitycznym nierealny. Wynikało to m.in. z nieprawidłowego funkcjonowania komponentów analitycznych w polskim sektorze publicznym.

Żeby była jasność: nie twierdzimy, że w naszym kraju nie ma dobrych analityków – tacy oczywiście są. Chodzi nam jedynie o to, że ci którzy pracują w ministerstwach, służbach, czy wojsku funkcjonują w ramach wadliwego systemu. Można go określić słowami „to skreśl”.

Właśnie w ten sposób zwrócono się do młodego analityka w jednej ze służb, który próbował swego czasu tłumaczyć przełożonemu: „przecież to jest kluczowa kwestia, pokazująca że realne posunięcia X przeczą temu jak go postrzegamy i jakie kroki wobec niego podejmujemy”. „Góra chce żebyś skreślił.” I tyle. „Złe” wnioski nie docierają „na górę”. Zaadaptuj się albo droga wolna.

Rzetelna analiza połączona z prognozami na przyszłość ustępuje w tym systemie miejsca chęci „wykazania się” i „zadowolenia” decydentów politycznych. W konsekwencji nie otrzymują oni tych informacji, które są wymagane do prawidłowego podejmowania decyzji, a jedynie te które chcieliby usłyszeć. Jeśli instytucja Y „czuje”, że w danym temacie przyjęta została określona narracja, istnieje niskie prawdopodobieństwo, że wyprodukuje ona dokument podważający taki sposób myślenia.

Jakie ma to konsekwencje w praktyce? Bum. Znaczna część elit władzy od lat wierzy w możliwość wprowadzenia na Białorusi demokracji? Nie ma problemu, znajdzie się służba która dostarczy na to „dowodów”. Polityk A twierdzi, że migranci to „zło”? Ok, taką analizę też znajdziemy. Badania opinii wskazują, że w sprawie C potrzebny jest „twardy kurs”? Mamy to. Będziemy pierwszą instytucją, która pokaże decydentowi, że ma oczywiście rację.

Nie dzieje się tak oczywiście we wszystkich dziedzinach. Z reguły im bardziej „medialna” jest sprawa tym większe zachodzi prawdopodobieństwo, że instytucja odpowiedzialna za przygotowanie analizy będzie chciała ją „upiększyć”. W tematach, które nie są postrzegane jako „politycznie” istotne, często mamy do czynienia z rzetelnym opisem sytuacji, który jednak nie za bardzo kogokolwiek interesuje.

Błędy w polityce Polski względem Białorusi

Krótkowzroczność w kwestii Białorusi polegała na tym, że zamiast rozbudowywać zdolności oddziaływania Warszawy na Mińsk w ramach tego co realne, służby i MSZ nie miały i nie mają wystarczającej chęci i odwagi, aby mówić przełożonym to, czego ci nie chcą usłyszeć. Łatwiej jest utwierdzić ministra w przekonaniu, że „ma on rację” niż zaplanować i zdobyć poparcie dla długofalowej strategii pracy na danym kierunku.

Kojarzycie te sceny z filmów, w których szeregowy pracownik „briefuje” wysokich rangą urzędników? Albo jak analityk – ekspert z danego obszaru zaskakuje decydentów błyskotliwą tezą? U nas tego nie ma. „Na górę” idzie jedynie dokument, w którym widoczne jest to, co przekazać chce przełożony swoim przełożonym. Niekoniecznie jest to obiektywny obraz sytuacji. Powoduje to, że im wyżej w hierarchii stoi dany urzędnik, tym większą „bańką informacyjną” jest otoczony.

Wszystkie te systemowe deficyty „uderzyły” ze zdwojoną siłą w momencie wybuchu ubiegłorocznych protestów na Białorusi. Po pierwsze, źle oceniono ówczesny potencjał oddziaływania Warszawy na Mińsk. Po drugie, przeszacowano możliwość upadku rządów A. Łukaszenki. Po trzecie, błędnie przeanalizowano skłonność do udzielenia pomocy białoruskiemu społeczeństwu przez USA.

Instytucje odpowiedzialne za dostarczanie rządzącym informacji prześcigały się w mówieniu politykom tego, co chcieli oni usłyszeć. Protesty zostały uznane za „znak” jakoby koniec A. Łukaszenki był bliski. Nie zważając na wstrzemięźliwe stanowiska większości innych państw, Polska jasno zadeklarowała więc poparcie dla wysiłków zmierzających do de facto obalenia reżimu w Mińsku.

Niestety, racja „moralna” rzadko kiedy przekłada się na sukces w polityce zagranicznej, o czym Polska przekonała się już wielokrotnie w trakcie swojej burzliwej historii. Zabrakło rozdzielenia marzeń od faktów. Trzeźwa ocena sytuacji pozwoliłaby dostrzec, że eskalacja napięć w relacjach z Mińskiem w dłuższej perspektywie doprowadzi do dalszego ograniczenie suwerenności Białorusi na rzecz Rosji.

Brak kompetencji naszej dyplomacji obnażyła przy tym Litwa, która również zdecydowała się zająć miejsce na „froncie walki z A. Łukaszenką”. Placówka tego kraju działa jednak znacznie wydajnej i wyrobiła sobie na Białorusi na tyle silne kontakty, że trzon tamtejszej opozycji zdecydował się na bliższą kooperację z Wilnem (to tam udała się np. na imigrację Swiatłana Cichanouska), a nie z Warszawą. Co ciekawe, to właśnie Litwa coraz częściej wypełnia rolę kraju poprzez który z UE rozmawia także Ukraina.

Swoją polityką Polska de facto wyłączyła się z dialogu Białorusią, zapominając przy tym, że jako państwo frontowe stanie się polem „przeciągania liny” pomiędzy Zachodem, a Rosją. Ci pierwsi sygnalizują obecnie, że represje na Białorusi spotkają się ze zdecydowaną karą ekonomiczną i obserwują, gdzie leży granica ekspansjonizmu Moskwy. Ta z kolei, stara się powoli, lecz systematycznie uzależniać od siebie Mińsk.

Rosjanie zdają sobie jednak sprawę z tego, że białoruskie społeczeństwo nie popiera formalnej, otwartej integracji obydwu krajów. Z kolei A. Łukaszenka stara się przetrwać u władzy (a lata jego rządów pokazują, że akurat w tym jest dobry) poprzez uzyskanie akceptacji UE dla swojego przywództwa i złagodzenie sankcji, wykorzystując do tego migrantów jako „kartę przetargową”.

Do „kryzysu” na granicy polsko-białoruskiej można było się odpowiednio przygotować

Już w maju stało się jasnym, że polska granica zostanie poddana presji migracyjnej. W maju! Relokacja ludności na taką skalę wymagała ponadto olbrzymich przygotowań, co nie powinno ujść uwadze naszych służb wywiadowczych. Nie uczyniono jednak nic, aby przygotować się na nadchodzące wyzwanie. Nawet wtedy, gdy media „trąbiły” o „szturmie” uchodźców na granicę z Litwą, w Polsce nikt nie wpadł na pomysł, aby zacząć przygotowywać chociażby tymczasowe obozy dla migrantów.

Wpisuje się to w „zamiłowanie” polskich instytucji do „gaszenia pożarów”. Co więcej, nieustanna rywalizacja o wpływy u zwierzchników paraliżuje koordynację działań pomiędzy służbami. Po co postulować rozpoczęcie wcześniejszych przygotowań przez kilka formacji jednocześnie? Przecież to „ich” problem, nie „nasz”. Na dodatek, jak później pomożemy w „gaszeniu pożaru” to uprzejmie „zameldujemy”, że „tamci” to nic nie robią, ale „my” to naprawimy.

W rezultacie „nagle” powstał „kryzys” na granicy, a filmiki pokazujące jak tworzony naprędce na granicy „płot” były okazją do „beki” wykorzystywanej na potrzeby bieżących sporów. Tymczasem Bruksela zaczyna rozumieć to, co Warszawa mająca ambicje kreowania polityki wschodniej wewnątrz Unii powinna wiedzieć już dawno – presja sankcyjna wpycha Mińsk w objęcia Moskwy.

Rozpoczęły się więc przymiarki do deeskalacji, a roli mediatora z Białorusią próbowała się podjąć… Finlandia. Z kolei polskie służby pochłonięte są uszczelnianiem granicy, a nie kreowaniem polityki wschodniej w okresie pogłębiających się napięć w międzynarodowym systemie bezpieczeństwa. „Gaszenie pożarów” ma bowiem do siebie to, że wszystkie siły rzucane są na jeden odcinek „walki”, ze stratą dla innych obszarów.

Działania na granicy charakteryzują się jednak dużym stopniem improwizacji, a Straż Graniczna odczuwa powstałe przez lata zaniedbań luki kadrowe i sprzętowe. Przykładowo, w jednym z tymczasowych obozów, gdzie przebywało swego czasu około 150 migrantów, brakowało prądu i ciepłej wody, nie mówiąc już o dostępie do internetu, siłowni i boisk, do którego przyzwyczaili się imigranci podczas pobytu w jednym ze „stałych” ośrodków.

Miało to negatywny wpływ na nastrój osób oczekujących na decyzję dotyczącą pozwolenia na „wjazd” do Polski. Pojawiały się nawet zarzewia buntów. Dobrze, że nie przerodziły się one w zamieszki, gdyż personel ochronny wspomnianego obozu składał się jedynie z… 10 funkcjonariuszy! Nie byli oni w stanie prawidłowo rozplanować przez to wart. Nie dysponowali też bronią, ani środkami przymusu bezpośredniego. „Na prędce” organizowano szkolenia z zakresu tłumienia rozruchów, gdyż SG nie była do tej pory przygotowywana na wystąpienie takich sytuacji.

Służby wymagają modernizacji

W zeszłym tygodniu ogłoszono zaś plan „modernizacji” Policji, Straży Granicznej, PSP i SOP. Nazywanie tego dokumentu „modernizacją” jest jednak głębokim nadużyciem, gdyż blisko 60% dodatkowych środków finansowych zostanie przeznaczonych na zwiększenie wynagrodzeń i liczby etatów. Reszta to inwestycje i zakupy. Są to jednak działania doraźne, które niwelują dysproporcje jakie przez lata powstały w zarobkach funkcjonariuszy w stosunku do rosnących wynagrodzeń rynkowych, a także braki sprzętowe/obiektowe wynikające z ich wyeksploatowania.

Bez zmiany systemu finansowania służb pieniędzy będzie „wiecznie” za mało. Odrębną kwestią jest sposób ich wydawania, który jest daleki od optymalnego. Pisaliśmy w jednym z artykułów jak nieefektywnie jest to robione. Oprócz tego, prawdziwa „modernizacja” powinna skupiać się przede wszystkim na wprowadzaniu zmian systemowych, które spowodują, że służby zaczną działać lepiej.

Z czasem UE wypracuje zapewne kompromis z Białorusią, który przyczyni się do zmniejszenia presji migracyjnej na zewnętrzne granice wspólnoty. Jeśli jednak nasze instytucje nie zrozumieją, że rozwiązanie „pożaru” na granicy leży na dłuższą metę w sferze dyplomacji, porozumienie zostanie osiągnięte ponad naszymi głowami.

Sektor bezpieczeństwa wniosków z tej sytuacji oczywiście nie wyciągnie, ale będzie mógł za to „w spokoju” przygotowywać się do kolejnego „kryzysu”. Ponownie obnaży on konieczność prawdziwej modernizacji służb, a także opracowania sposobów reagowania na agresywne działania przeciwnika prowadzone poniżej progu wojny. I wbrew pozorom regularna armia powinna być jedynie małym elementem składowym tej układanki.

Możecie z nami porozmawiać za pośrednictwem:

Zapiszcie się też na wysyłany przez nas co tydzień newsletter. Zawiera on komentarz do wydarzeń bieżących oraz ekskluzywne i prawdziwe anegdoty ze świata wojska i służb mundurowych.

2 thoughts on “O „gaszeniu pożaru” na granicy polsko-białoruskiej i polityce RP względem wschodniego sąsiada

  1. W zakresie zarządzania kryzysowego najbardziej odczuwalna potrzeba to reforma Obrony Cywilnej, czyli formacji, której nazwy opinia publiczna chyba nie zna, mogę się założyć, że gros Polaków poniżej 30 roku życia wogóle nie słyszało nawet tej nazwy.

    Z drugiej strony zauważlny jest opór przed wprowadzaniem stanów nadzwyczajnych, np. zawiesić przeprowadzenia wyborów, które trafiły w się akurat w okresie aktywnej powodzi (jak to miało miejsce w np. 2010), co powoduje różne fikołki, aby przemycać środki wyjątkowe do zwykłych ustaw… z tego znana najbardziej jest tzw. ustawa o bezkarności, której jeden z przepisów stwierdza wprost:
    (…)Nie popełnia przestępstwa, kto w celu przeciwdziałania Covid-19 narusza obowiązki służbowe lub obowiązujące przepisy jeżeli działa w interesie społecznym i bez naruszenia tych obowiązków lub przepisów podjęte działanie nie byłoby możliwe lub byłoby istotnie utrudnione(…)

    Są znane też inne kwiatki:
    Gdy była awaria Czajki to było wielkie zdziwienie, że postawienie mostu dla zastępczej rury wymaga pozwolenia na budowę, a teraz z kolei mimo wprowadzonego stanu wyjątkowego rząd uparł się na przeprowadzenie budowy muru przez pełną drogą legislacyjną ryzykując między innymi tym, że ustawa utknie na miesiąc w Senacie.
    Pojawia się ty pytanie: Gdzie tu logika?

    1. Zgadza się wielu ekspertów od lat podkreśla konieczność stworzenia Obrony Cywilnej z prawdziwego zdarzenia. Zawsze też myśleliśmy, że logika kończy się tam, gdzie zaczyna się wojsko, ale zdaje się, że ta choroba zatacza coraz szersze kręgi 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back To Top