Jak wyglądały początki przestępczości zorganizowanej oraz terroru kryminalnego w Polsce? Cz. 1

Początki przestępczości zorganizowanej i terroru kryminalnego

Słysząc słowo „terroryzm” najczęściej przychodzi nam do głowy obrazek dżihadysty popełniającego zbrodnie w imieniu Państwa Islamskiego. Jest to spowodowane tym, że to właśnie terroryzm na tle religijnym wysunął się w ostatnich latach na pierwszy plan. Jednak wspomniane zjawisko może mieć zróżnicowane podłoże: lewicowe, prawicowe, separatystyczne, kryminalne, ekologiczne, a nawet związane z prawami zwierząt. W Polsce funkcjonuje również pojęcie „terroru kryminalnego”, które zdobyło popularność m.in. dzięki filmom Patryka Vegi.

Odzwierciedla ono naszym zdaniem słuszny podział, jaki funkcjonuje w polskich instytucjach zajmujących się bezpieczeństwem. Terroryzmem określa się mianowicie zjawiska o podłożu ideologicznym oraz politycznym. Zajmuje się nimi głównie ABW (a w ujęciu międzynarodowym również Agencja Wywiadu i Służba Wywiadu Wojskowego). Z kolei za zwalczanie przemocy na tle kryminalnym odpowiedzialna jest Policja. Dziś chcielibyśmy Wam opowiedzieć o tym, jak doszło do narodzin polskiej przestępczości zorganizowanej i związanego z nią terroru kryminalnego, a także o tym, czym zajmują się wydziały odpowiedzialne za jego zwalczanie.

Fundamenty polskiej przestępczości zorganizowanej

Pojawienie się zjawiska terroru kryminalnego związane jest ściśle z początkami polskiej przestępczości zorganizowanej. Ukształtowała się ona na bazie grup zajmujących się kradzieżą samochodów, ponieważ to właśnie nielegalna działalność tego typu wymagała najbardziej skomplikowanej struktury organizacyjnej. Z reguły gangsterzy funkcjonowali według następującego schematu:

  • Typowanie auta. Zajmowały się tym dedykowane osoby, które powiadamiały następnie członków zaprzyjaźnionej grupy przestępczej.
  • Obserwacja. Wytypowany samochód oraz kierowcę obejmowano obserwacją. Ekipa odpowiedzialna za ten etap studiowała w szczególności harmonogram dnia właściciela w celu określenia optymalnego momentu na dokonanie kradzieży.
  • Kradzież. Osoba jej dokonująca musiała posiadać zaawansowaną wiedzę z zakresu systemów zabezpieczeń używanych w samochodach.
  • Transport do „dziupli”. Specjalista dokonujący kradzieży najczęściej przestawiał samochód jedynie o kilkaset metrów. Potem inny przestępca transportował go do „dziupli”. Takie miejsce również musiało zostać wcześniej wytypowane i odpowiednio zabezpieczone.
  • Modyfikacja samochodu oraz dokumentów. Wymagało to dużej wiedzy specjalistycznej i umożliwiało zatarcie śladów, mogących wskazywać na to, że samochód pochodził z przestępstwa.
  • Sprzedaż. Na kradzione auto należało znaleźć kupca. W tym celu złodzieje nawiązali kontakty m.in. z rosyjskimi grupami przestępczymi. Istotną grupą klientów stanowili także żołnierze Armii Rosyjskiej. Wycofując się z naszego kraju ukrywali nowe samochody w ramach transportów wojskowych. Część aut była także sprzedawana w Polsce poprzez rozległą sieć passerów.

Kradzieże samochodów wymagały dużego „know-how”. Przestępcy musieli wiedzieć zwłaszcza jak przerabiać pola numerowe pojazdów, aby nie dało się potem ustalić, że pochodzą one z kradzieży. W latach 90-tych informacje dotyczącego tego, co jest zakodowane w 17-cyfrowym numerze VIN stanowiły niemalże wiedzą tajemną. Dodatkowo, kradzieże aut wiązały się z koniecznością podrobienia dowodów rejestracyjnych oraz kart pojazdów. Fałszowanie zarówno polskich jak i niemieckich dokumentów, nazywanych odpowiednio „małym i dużym briefem”, nie stanowiło przeszkody. Nie były one w żaden sposób zabezpieczone i złodzieje mogli je np. wydrukować na dobrej drukarce.

W Polsce „pionierem” w zakresie przestępczości samochodowej był „Nikoś”. Już w latach 80-tych współpracował on przy przemycie aut z grupami działającymi w Niemczech i w Austrii. W pewnym momencie przeniósł się nawet na stałe do Hamburga, a potem do Berlina. Gdy na początku lat 90-tych gangster powrócił do kraju, implementował wiedzę nabytą za granicą, systematycznie rozbudowując swoją organizację przestępczą.

Grupy zajmujące się kradzieżami pojazdów przewyższały specjalistycznym „know-how” również polskich policjantów. W tamtym okresie organy ścigania państw zachodnich nie chciały się ponadto wymieniać informacjami z naszymi funkcjonariuszami. Przekazywanie wiedzy na szczeblu instytucjonalnym nie wchodziło w grę. W związku z tym, trzeba było ją pozyskać innymi kanałami.

Pomocnym okazało się nawiązanie kontaktów z Fundacją Huk Verband, która zajmowała się odzyskiwaniem samochodów skradzionych w Niemczech. Kontakty były intensywne, ponieważ bardzo duża ilość kradzionych za Odrą aut trafiała później do Polski. Przedstawiciele wspomnianej organizacji często przyjeżdżali do naszego kraju badać odzyskane samochody. Przy okazji przekazywali wiele cennych wskazówek policyjnym mechanoskopom. Z czasem niektórzy z naszych funkcjonariuszy nawiązali też dobre kontakty ze swoimi odpowiednikami za granicą. Polska stawała się tak ważnym punktem na europejskiej mapie kradzionych auto, że posiadanie nieformalnych kontaktów nad Wisłą stawało się niezbędne. W niemieckiej policji można było nawet natrafić na osoby uczące się języka polskiego.

Poza typowymi włamaniami, popularne były również tzw. „zgłoszeniówki”, czyli kradzieże dokonywane w celu wyłudzenia pieniędzy z firmy ubezpieczeniowej. Osobami, które najczęściej podstawiały swoje auta w umówione miejsce byli obywatele RFN. Zostawiali oni po prostu kluczyki oraz dokumenty w środku pojazdu i oddalali się z miejsca zdarzenia. Następnie samochód zabierała grupa przestępcza. Z reguły był on eksportowany na Wschód. W takim przypadku ani pojazd, ani dokumenty nie musiały być nawet przerabiane. Właściciel zgłaszał kradzież dopiero po tym, jak pojazd „legalnie” przekroczył granicę. W takiej sytuacji był on praktycznie niemożliwy do namierzenia.

Złodzieje wykorzystywali w swojej działalności wiele sprytnych „patentów”. Jednym z nich były tzw. „bliźniaki”. Przy pomocy kontaktów w wydziałach komunikacji funkcjonujących w urzędach w całej Polsce, gangsterzy pozyskiwali legalne dane pojazdów zarejestrowanych w gęsto zaludnionych obszarach kraju. Następnie, używając tych informacji wytwarzali dowody rejestracyjne, w których zmieniali jedynie ostatnie cyfry numeru VIN. Większa ingerencja była zbędna, ponieważ i tak mało kto wiedział co się pod nim kryje. Podobnych „bliźniaków” jeździło po Polsce zazwyczaj kilka lub nawet kilkanaście. Nie istniała wtedy jeszcze centralna ewidencja pojazdów, co uniemożliwiało wykrycie fałszerstwa.

Przykład ten ilustruje wykorzystywanie przez złodziei słabości jaką był brak odpowiednich systemów informatycznych w polskiej administracji, a zwłaszcza ewidencji pojazdów przekraczających granicę. Dodatkowo, poszczególne bazy danych funkcjonujące w Policji nie były ze sobą kompatybilne i zintegrowane – funkcjonariusze w Poznaniu posiadali swoje informacje, a ci w Warszawie swoje. Praktycznie jedyną scentralizowaną ewidencją była ta dotycząca skradzionych przedmiotów. Sprzyjało to rozwojowi przestępczości samochodowej. Kolejnym czynnikiem działającym na korzyść gangsterów była olbrzymia skala korupcji w urzędach gmin. Niektóre z nich zarejestrowały na swoim terenie ilość pojazdów, która kilkunastokrotnie przekraczała liczbę mieszkańców.

Obserwując drastyczny wzrost liczby skradzionych aut w stosunku do ilości nowych samochodów pojawiających się na rynku, Policja utworzyła w każdej Komendzie Wojewódzkiej nieetatowe grupy zajmujące się rozpracowywaniem tego rodzaju przestępczości. Oznaczało to, że na co dzień ich członkowie pracowali w innych komórkach, lecz byli czasowo oddelegowywani do zajmowania się rabunkami pojazdów.

Zaawansowanie organizacyjne złodziei samochodów można zaobserwować również w dzisiejszych czasach, w których to każdy podzespół może być z łatwością zarejestrowany i przechowywany w cyfrowych bazach danych. Istnieje też wiele systemów ewidencjonujących m.in. pojazdy przekraczające granicę, a auta posiadają zaawansowane zabezpieczenia. Powoduje to, że dużo trudniej jest zalegalizować kradziony samochód. Nie oznacza to jednak, że takich przestępstw się nie popełnia.

Nikoś_Nikodem Skotarczyk
“Nikoś”, czyli Nikodem Skotarczyk był pionierem jeśli chodzi o kradzieże samochodów w Polsce.

Niespełna 10 lat temu, gdy na naszym rynku zaczęły się pojawiać hybrydowe Toyoty Prius, szacowało się, że nawet 1/3 takich aut może pochodzić z kradzieży. W związku z tym, raz na jakiś czas, jeden z celebrytów „tracił” np. swój samochód. Ku jego zdumieniu okazywało się, że nabył on w sposób legalny (np. poprzez komis) auto, które zostało zrabowane pierwotnemu właścicielowi. Ściganiu takich przestępstw nie ułatwia fakt, że paserstwo samochodów, które jest w całym wspomnianym procederze czynnością najbardziej dochodową jest jednocześnie najsłabiej karane.

Powstanie przestępczości zorganizowanej

Słabość organizacyjna polskiej Policji w latach 90-tych i rosnące dochody płynące z kradzieży samochodów spowodowały, że z czasem w całej Polsce powstały grupy zajmujące się tego rodzaju przestępstwami. Te szczególnie wpływowe operowały na Śląsku i w Gdańsku. Jednak sposób działania złodziei sprzyjał rozwojowi wzajemnych kontaktów pomiędzy organizacjami oraz ich członkami pracującymi w różnych częściach kraju. Wymieniano np. informacje dotyczące zamówień na konkretne modele aut. Określone zlecenie szybko pojawiało się na ogólnopolskiej „giełdzie”, a grupa która pierwsza zlokalizowała i ukradła pożądany pojazd przejmował klienta.

Szczególnie cenne było posiadanie sieci powiązań na przejściach granicznych. Działali tam m.in. tzw. „spotterzy”, czyli osoby których zadaniem było typowanie, a następnie „pilnowanie” namierzonego samochodu, który wjeżdżał do Polski. W tym czasie grupa mająca dokonać kradzieży miała czas na przygotowanie się oraz dojazd do miejsca, w którym znajdowało się auto. „Wystawiony” pojazd był następnie obejmowany obserwacją i w sprzyjającym momencie „zawijany”. Często rolę „spotterów” pełnili przemytnicy. Kontakty z nimi sprawiały, że bardziej przedsiębiorczo nastawieni złodzieje zaczynali myśleć o dywersyfikacji swoich źródeł przychodów.

Istotnym było ponadto wyrobienie sobie znajomości wśród celników. Do ich nawiązywania dochodziło zwłaszcza przy okazji sprowadzania do Polski tzw. „składaków”. Takie samochody były rozbierane przed granicą i rozdzielane na kilka różnych transportów. Wynikało to ze znacznie mniejszych opłat oraz akcyzy obowiązującej przy wwożeniu do kraju samego silnika i poszczególnych części auta, niż w przypadku przekraczania granicy przez „normalne” auto. Znacznie prostszą alternatywą było jednak danie łapówki celnikowi i przeprowadzenie pojazdu w całości, a zgłoszenie go jako „składaka”.

Tworzenie sieci powiązań było kolejnym szczeblem struktury organizacyjnej polskiej przestępczości zorganizowanej. Do rosnących w siłę i bogacących się grup samochodowych chcieli równolegle dołączać nowi członkowie. Wbrew pozorom nie wszyscy nadawali się jednak do kradzieży aut, ponieważ albo nie posiadali do tego odpowiedniej wiedzy i umiejętności, albo nie wytrzymywali napięcia towarzyszącego dokonywaniu takich przestępstw. Wielu ludzi „pękało” na obstawie. Te same osoby odnajdywały się natomiast w popełnianiu przestępstw o charakterze kryminalnym, w szczególności popularnych wtedy napadów na ciężarówki, podczas których dysponowali bronią i działali w grupie. Napady na tiry szczególnie upodobał sobie wtedy „Wołomin” i powiązane z nim ekipy.

Posiadanie sieci kontaktów, zgromadzonego za pomocą kradzieży kapitału inwestycyjnego, a także rosnących zasobów ludzkich umożliwiło ekspansję poszczególnych grup w kierunku przemytu tytoniu i spirytusu. Podstawą tego biznesu był fakt, że np. koszt produkcji etanolu stanowił jedynie ok. 10% jego ceny. Za resztę wartości odpowiadały cło i podatki. Sprowadzano go więc zarówno ze Wschodu jak i Zachodu, za pomocą tzw. „bramek”. Określano tak przekupionych celników i policjantów, pracujących w rejonie przygranicznym.

Doprowadziło to do powstania w Polsce dużych rozlewni, które podrabiały alkohol produkowany przez zakłady Polmosu. Wykorzystywały one do tego spirytus kupowany za ułamek jego ceny rynkowej i przemycany następnie do Polski. Tak wytworzone trunki były następnie dystrybuowane w oparciu o sieć powiązań grup przestępczych. Zaopatrywano w nie np. puby i dyskoteki. Do właścicieli lokalów zgłaszały się ekipy składająca propozycje „nie do odrzucenia” i nie pozostawiały im wyboru. Podrabiany alkohol był również sprzedawany w sklepach.

Bazując na wypracowanych schematach, łatwo było rozszerzać działalność o kolejne pola. To właśnie od przemytu swoją działalność rozpoczynały dwie grupy przestępcze, które niedługo potem zdominowały cały kraj – „Pruszków” i „Wołomin”. Ta pierwsza podrabiała w pewnym momencie nawet popularne w owym czasie drażetki „Tic Tac”. Z czasem więc najważniejszym aspektem działalności dużych ekip stała się dystrybucja nielegalnego towaru. Dzięki rozległej sieci kontaktów były one w stanie zapewnić rynek zbytu dla niemalże wszystkiego. Popularnym stało się również zmuszanie przedsiębiorców do rozprowadzania produktów znajdujących się w posiadaniu grup przestępczych. Ich dochody zaczęły być w głównej mierze oparte o kwoty pobierane za pośrednictwo. Polska stawała się jednocześnie coraz ważniejszym punktem obrotu nielegalnymi dobrami w Europie.

Po pewnym czasie „ofertę” gangsterów uzupełniły jeszcze produkcja i przemyt narkotyków. Na początku lat 90-tych był to towar zbyt drogi na nasz rynek. W związku z tym, obrót tymi substancjami odbywał się w większości poza kontrolą rodzimych przestępców. Polska pełniła jedynie rolę kraju tranzytowego. Bandyci zaczęli jednak z czasem bawić się w Niemczech, gdzie po raz pierwszy zetknęli się narkotykami. Spora część przestępców szybko uzależniła się od nich. Swoją rolę odegrał również przypadek. Jedna z grup kradnących samochody i operująca na terenie dzisiejszego Województwa Lubuskiego ukradła pewnego dnia auto, które okazało się być wypełnione heroiną.

Po tym jak złodzieje zorientowali się, co wpadło w ich ręce, zaczęli dystrybuować narkotyki. Towar rozszedł się bardzo szybko i przyniósł przy tym duże zyski. Co więcej, rozprowadzane w tamtych czasach dawki heroiny szybko wywoływały silne uzależnienie. Sprawiało to, że klienci wracali po więcej. Wieść o tych wydarzeniach błyskawicznie rozniosła się po kryminalnej Polsce. Poszczególne grupy również zapragnęły wzbogacić się na handlu narkotykami. Około roku 1994 zarówno podaż jak i popyt na nie zaczęły systematycznie wzrastać. Wkrótce do najpopularniejszej w rejonach przygranicznych heroiny doszła również marihuana, a po pewnym czasie także koks. Na wybrzeżu, z uwagi na dostęp do portów, królował haszysz.

Z czasem rozwinęła się również rodzima produkcja, która obejmowała głównie amfetaminę. Odpowiadały za nią w szczególności grupy operujące na terenie województwa mazowieckiego. Ilość wspomnianej substancji, która była wytwarzana w Polsce rosła praktycznie z roku na rok. W pewnym momencie nasi przestępcy przestali także importować ekstazy z Holandii, a sami zaczęli eksportować te tabletki. Produkcja innych narkotyków jest bardzo utrudniona ze względu na brak możliwości uprawy maku i konopi. Napędza to z kolei przemyt.

Wykorzystując kontakty na Wschodzie nawiązane przy okazji dystrybucji kradzionych samochodów polskie grupy zaczęły szmuglować w tamtym kierunku również narkotyki. Ponadto, pozyskiwały one stamtąd komponenty potrzebne do produkcji amfetaminy. Wkrótce powstał jeden z najważniejszych szlaków przerzutowych w Europie. Wiódł on z krajów zajmujących się tradycyjnie produkcją opioidów (Iran, Afganistan, Pakistan) do Turcji, która była jednocześnie producentem oraz odbiorcą narkotyków. Stamtąd były one przerzucane na Bałkany, czy do Polski.

Rozwój rynku substancji psychoaktywnych jeszcze bardziej pogłębił powiązania grup przestępczych. „Bandyterka” stojąca np. na bramkach w klubach i kontrolująca agencje towarzyskie szukała kontaktów z dużymi ekipami, które mogły zapewnić dostęp do towaru. Były to z reguły grupy wywodzące się z przestępczości samochodowej oraz przemytu, ponieważ to one dysponowały pieniędzmi umożliwiającymi generowanie podaży. Organizacje posiadając znaczne środki finansowe, zasoby ludzkie oraz struktury terenowe rozpoczęły wkrótce działalność charakterystyczną dla świata przestępczości zorganizowanej, czyli ściąganie haraczy.

Zaczęto robić to na masową skalę, zarówno w ekskluzywnych lokalach w dużych miastach jak i na bazarach funkcjonujących w małych miejscowościach. Największe grupy, czyli Pruszków i Wołomin „namaszczały” lokalnych liderów na swoich przedstawicieli. Pobierali oni opłaty na własnym terenie, a część z nich odprowadzali „do centrali” w zamian za udzielane przez nią wsparcie. Niektóre firmy, szczególnie te działające na granicy prawa, zgłaszały się „po ochronę” same. Powstała polska przestępczość zorganizowana.

Narastająca rywalizacja pomiędzy grupami przestępczymi

Rosnące wpływy i przychody grup przestępczych prowadziły do narastania rywalizacji, zwłaszcza wewnątrz poszczególnych gangów. Odbywało się to z reguły według następującego schematu. W początkowych fazach rozwoju organizacji, „boss” osobiście pilnował wszystkich interesów. Z czasem jednak, coraz bardziej odcinał się od dołów, które dokonywały przestępstw. Wynikało to z jego rosnącej awersji do podejmowania niepotrzebnego ryzyka (nie mając bezpośredniego związku z popełnianymi przestępstwami trudniej jest zostać za nie skazanym) oraz konieczności poświęcania większej ilości czasu na zarządzanie grupą. Dodatkowo, szefowie mogący pochwalić się znacznym majątkiem chcieli w coraz większym stopniu korzystać z uroków życia, a nie zajmować się „czarną robotą”.

Automatycznie prowadziło to do wzrostu pozycji „kapitanów”, czyli osób znajdujących się na średnim szczeblu w hierarchii przestępczej. To oni wydawali polecenia i mieli kontakt z dostawcami oraz odbiorcami towaru. Stawali się też coraz bardziej pazerni na pieniądze. Dlatego z czasem dochodzili do wniosku, że nie ma potrzeby oddawać części dochodów „bossowi” i należy go wyeliminować. Problemem było jednak to, że przywódca na ogół znał się z innymi szefami lub nadal posiadał swoich zwolenników w strukturach organizacji.

Było to źródłem krwawych porachunków pomiędzy osobami funkcjonującymi do tej pory w ramach jednej lub kilku grup. Trzeba pamiętać, że polski świat przestępczy nie miał zbyt wiele wspólnego z mafią i zasadami nią rządzącymi. Nie było tam wzajemnego poczucia lojalności. Ten sam bandyta mógł jednego dnia kraść samochód w ramach jednej grupy przestępczej, a następnego popołudnia rozprowadzać narkotyki z członkami innej ekipy. Królowały pieniądz i chciwość.

Do legendy przeszła m.in. rywalizacja pomiędzy „Carringtonem”, a „Lelkiem”, tocząca się w rejonie Zgorzelca w drugiej połowie lat 90-tych. Ten pierwszy był już wtedy szefem największej w południowo-zachodniej Polsce grupy zajmującej się przemytem. Zyskał dzięki temu miano „króla spirytusu”. Natomiast drugi z gangsterów był prawą ręką „bossa”. Do pewnego czasu. O rozmiarach toczących się między nimi porachunków Policja dowiedziała się przypadkiem.

Jedną z wykorzystywanych przez wspomnianych przestępców dróg przemytu alkoholu z Niemiec był most techniczny na Nysie Łużyckiej, który powstał niedaleko przygranicznej wsi Gubinek. W dzień służył on do transportu materiałów potrzebnych do budowy pobliskiego przejścia granicznego. Jednak grupa „Carringtona” przekupiła miejscowych strażników granicznych oraz policjantów i uzyskała kontrolę nad przeprawą. W nocy przejeżdżały nią tiry, które przewoziły skradzione samochody i spirytus. Kierując się pazernością „Lelek” zaczął wkrótce organizować transporty na własną rękę, nie konsultując tego z „bossem”.

W trakcie jednego z nich, wykorzystywana ciężarówka zakopała się jednak w żwirowej drodze dojazdowej do mostu. Aby ją wyciągnąć ściągnięto ciężki sprzęt, co zbudziło okolicznych mieszkańców. Ci zaalarmowali Policję, która powiadomiła również Niemców. Rozpoczęto polowanie na resztę tirów, które tamtej nocy przekroczyły granicę. Jednocześnie objęto wzmożonym zainteresowaniem operacyjnym „Carringtona” i „Lelka”. Ten ostatni założył niedługo później własną grupę, do której przeszło kilku ludzi związanych wcześniej z „królem spirytusu”, m.in. „Pomyk”.

Z czasem Policja odkryła kilkanaście ciał zabitych ofiar. Niektóre z nich znaleziono na poboczu (po latach okazało się, że były to przypadkowe osoby postrzelone przez gangsterów przez pomyłkę), innych w studni, a jeszcze innych w opuszczonym domu w miejscowości Modrzewie. Ustalono, że wszystkie one zginęły w ramach porachunków pomiędzy „Carringtonem”, a „Lelkiem”, do których doszło w 1998 roku. Kilkukrotnie próbowano zabić również obydwu liderów. Śmiano się nawet, że zamachowiec polujący na „Carringtona” jest zezowaty. Raz przed wejściem do jego bloku eksplodowała bomba, na którą „boss” praktycznie nadepnął. Odniósł jednak tylko nieznaczne obrażenia, w tym poparzenia twarzy.

Konflikt cały czas eskalował. Regularnie dochodziło do egzekucji, a gangsterzy zaczęli coraz częściej sięgać po karabiny maszynowe i materiały wybuchowe. Lokalni celnicy oraz policjanci obawiali się obydwu grup. Przyczyniło się do tego zwłaszcza uprowadzenie przez ekipę „Lelka” osoby z gangu rywali – „Grzywy”. Ludzie „Carringtona” ustalili wtedy, że ich kompan jest przetrzymywany w domu w Modrzewiach. Przybyli na miejsce i zastrzelili czterech gangsterów, w tym „Pomyka”, a następnie odbili swojego człowieka. Przestępcy wydawali się być ponad prawem.

Pod koniec 1998 roku zatrzymano w końcu blisko sto osób powiązanych z grupami „Lelka” i „Carringtona”. Co ciekawe, niedługo po tym jak do tego doszło, ten drugi przewrócił się i doznał wylewu, w wyniku którego do dziś pozostaje nie w pełni sprawny. Poddano go wieloletniej obserwacji, która miała rozstrzygnąć, czy przypadkiem nie „symuluje”. Uznano jednak, że jego stan uniemożliwia przeprowadzenie postępowania sądowego. Obecnie dawny „król spirytusu” mieszka z mamą niedaleko Zgorzelca. Z kolei „Lelek” przez 15 lat, które spędził w więzieniu cały czas dowodził swoją grupą. Po wyjściu na wolność szybko powrócił na przestępczą drogę.

O zaostrzającej się walce i rozległości wpływów grup przestępczych świadczy również to, że własną ekipę posiadał także młodszy brat „Carringtona” – Rysiek, znany pod pseudonimem „Azja”. Do dokonywania wymuszeń nie wystarczały mu już „tradycyjne” metody. Używał w tym celu ładunków wybuchowych. Ponadto, w młodości „Azja” odbył zasadniczą służbę wojskową w Wojskach Ochrony Pogranicza, co ułatwiło braciom rozpoznanie granicy pod kątem działalności przemytniczej. W grupach obydwu z nich można było odnaleźć byłych żołnierzy wspomnianej formacji.

Podobał Wam się tekst? Już za kilka dni opublikujemy drugą część artykułu. W międzyczasie dajcie nam znać, co myślicie w komentarzach lub na naszym profilu na twitterze. A jeśli chcecie otrzymywać informacje o nowych artykułach oraz ekskluzywne i prawdziwe anegdoty ze świata wojska i służb, zapiszcie się na nasz dwutygodniowy newsletter tutaj.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Back To Top