Ewakuacja z Kabulu. Jak przebiegała i jakie niesie za sobą zagrożenie?

Ewakuacja z Kabulu

Chyba każdy kto kiedyś służył w „mundurówce” pamięta przynajmniej jedną odprawę, podczas której naprzeciwko niego stał dowódca, przełożony, albo polityk i tonem pełnym patosu podsumowywał wypełnione zadanie: „Dzięki Wam państwo polskie stanęło na wysokości zadania i sprostało wyzwaniu…”. A żołnierz/funkcjonariusz myślał sobie w tym czasie: „człowieku, o czym Ty mówisz, przecież to była taka partyzantka, że gdyby ludzie wiedzieli to…”

Podobna sytuacja miała właśnie miejsce podczas niedawno zakończonej ewakuacji z Kabulu. Typowa dla działania naszych instytucji „partyzantka” na pierwszy rzut oka często wygląda solidnie, jednak zazwyczaj pociąga za sobą ukryte zagrożenia. Nasze źródła potwierdzają, że w tym przypadku, na skutek pośpiechu w jakim Polska przeprowadzała ewakuację Afgańczyków, ich identyfikacja, selekcja i weryfikacja dokonywana była w sposób, łagodnie to ujmując… ułomny.

Skutek: nie bardzo wiadomo, kogo dokładnie przywieźliśmy do Polski. Jednocześnie już teraz napływają informacje mówiące o tym, że na pokład samolotów odlatujących z Kabulu do państw europejskich próbowałydostać się osoby powiązane z Państwem Islamskim (IS). Tym samym, które rośnie właśnie w siłę w Afganistanie, posiada profesjonalne struktury wywiadowcze i którego wyznawcy przeprowadzili w ubiegłym roku w Europie szereg udanych ataków.

Ich konsekwencje nie były jednak tak drastyczne jak wcześniej, głównie dlatego, że zamachowcy działali w pojedynkę, bez wsparcia doświadczonych bojowników z „centrali” IS. Czyżby w konsekwencji ewakuacji Kabulu miało się to w najbliższych miesiącach i latach zmienić?

Podjęcie decyzji o ewakuacji współpracowników z Afganistanu

Nie zrozumcie nas źle. Doceniamy to, że udało się przeprowadzić ewakuację współpracowników Polski z Kabulu. To była słuszna decyzja. Gdyby jej nie podjęto ucierpiała by na tym wiarygodność naszych służb i Sił Zbrojnych. I nie są to puste słowa. Takie czyny wpływają m.in. na to, jak za kilka lat „lokalsi” traktować będą żołnierzy PKW podczas kolejnej misji i jak ciężko będzie namówić informatora do współpracy, gdy ten dowie się, że rozmawia z oficerem SKW.

Co więcej, historia wywiadu uczy, że część pozyskiwanych do współpracy i zarazem cennych źródeł stanowią osoby same zdradzające macierzystą służbę i nawiązujące kontakt z dotychczasowym „przeciwnikiem” oferując swoją pomoc (najczęściej w zamian za pieniądze i/lub schronienie). Jak myślicie, czy tacy ludzie zgłaszają się do krajów słynących z tego, że dbają o swoich współpracowników, czy do takich, które zostawiają ich na pastwę losu?

Chroniczną chorobą wszystkich polskich służb i wojska jest jednak brak długofalowego planowania. I podobnie było w przypadku operacji w Kabulu. W kręgach decyzyjnych nikt tak naprawdę nie troszczył się o losy afgańskich współpracowników. „Mundurówka” pogrążona była w sierpniowym letargu urlopowym. Decyzja o ewakuacji podjęta została nagle pod presją opinii publicznej – nie ze względu na poczucie obowiązku w stosunku do osób, które finalnie ewakuowano, lecz ze względu na kalkulacje związane z krajową polityką.

Efektem tego jest to, że nie ewakuowano tych, którzy z perspektywy wcześniejszej współpracy z Polską najbardziej na to zasługiwali, a tych którzy „załapali” się na listę w wyniku chaotycznego i nieprzemyślanego procesu selekcji i weryfikacji. Co więcej, stworzono przy tym okazję organizacjom terrorystycznym do tego, aby pośród afgańskiej inteligencji przemycić na terytorium Europy własnych bojowników. Można było temu w pełni zapobiec rozpoczynając przygotowania do ewakuacji odpowiednio wcześniej. A to właśnie minimalizacja zagrożeń powinna być przecież celem działania instytucji dbających o bezpieczeństwo.

Obserwując ofensywę Talibów, analitycy (m.in. Beata Górka-Winter) już wcześniej przewidywali upadek Kabulu. Nad losem współpracowników Polski zastanawiali się też chociażby żołnierze biorący udział w ostatniej zmianie misji w Afganistanie. Gdy na przełomie maja i czerwca wrócili z niej nasi koledzy, dyskutowaliśmy wspólnie o tym, dlaczego nikt nie troszczy się o to, aby ustalić ilu współpracowników RP może potrzebować pomocy, jak do nich dotrzeć i jak przetransportować ich do kraju.

Pytania te zostały nawet zawarte w pierwotnej wersji artykułu gościnnego, który przygotowaliśmy dla portalu konflikty.pl na bazie wspomnień powracających z Afganistanu operatorów Wojsk Specjalnych. Z różnych względów publikacja tekstu nastąpiła jednak z opóźnieniem, przez co fragment dotyczący współpracowników się zdezaktualizował. Nie chcemy przez to powiedzieć, że wykazaliśmy się niespotykaną przenikliwością analityczną – wręcz przeciwnie, pokazujemy jedynie, że świadomość problemu była w Wojsku Polskim dość powszechna.

Przebieg operacji ewakuacji z Kabulu

Decyzja dotycząca ewakuacji zaskoczyła nasze służby i wojsko. Zapaliły się wtedy światełka alarmowe i rozpoczęły pytania – kto może pojechać? Kto jest „w firmie”? Jaki sprzęt jest potrzebny? Nie zostały wcześniej opracowane ani listy osób przewidzianych do ewakuacji, ani procedury ich weryfikacji. Operacja prawdopodobnie w ogóle nie byłaby możliwa do przeprowadzenia w tak krótkim czasie, gdyby nasi piloci nie posiadali doświadczenia wyniesionego z misji w Afganistanie.

Konsekwencją tego było m.in. to, że gdy Polacy wylatywali do Kabulu lista osób do ewakuacji obejmowała jedynie 45 nazwisk. Ostatecznie do kraju przywieziono jednak ponad tysiąc pasażerów, oraz dodatkowe osoby, o których ewakuację poprosiły inne państwa lub organizacje międzynarodowe. Brak odpowiedniego przygotowania widać nawet w komunikatach wydawanych przez rząd, który pierwotnie mówił o tym, że Polska zamierza ewakuować ok. 100 osób.

Jak doszło do wydłużenia się listy nazwisk? Z bardzo prozaicznych powodów, które są jednocześnie charakterystycznym elementem krajobrazu panującego nad Wisłą w służbach i wojsku. W trakcie ewakuacji polityk X prosił nagle o transport tego i tamtego, potem kolega wysokiego rangą oficera WP dzwonił, aby wywieźć Y, a jeszcze inna osoba z MSZ dodała do listy Z. I tak dalej.

Nie miało to nic wspólnego z procesem planowania i monitorowaniem losów współpracowników RP w Afganistanie. Sprawy nie ułatwił ponadto fakt, że na liście do ewakuacji nie uwzględniano na ogół rodzin poszczególnych osób. Dlatego po jej odnalezieniu, okazywało się często, że do transportu gotowych jest również kilkoro innych Afgańczyków. Czy faktycznie wszyscy z nich byli spokrewnieni? Ciężko to jednoznacznie stwierdzić.

Operacja w Kabulu przebiegała w ten sposób, że operatorzy JW Grom wyłuskiwali z tłumu osoby znajdujące się na liście do ewakuacji. Następnie dyplomaci i pracownicy służb przeprowadzali ich weryfikację. I tutaj zaczynały się schody. Tylko część z ewakuowanych Afgańczyków posiadała przy sobie komplet dokumentów (optymalnym byłoby okazanie dwóch dokumentów tożsamości i „kwitów” z MSZ). Niektórzy pokazywali tylko paszport. Inni legitymowali się wyłącznie „papierami” z MSZ. Jeszcze inni pojawiali się bez jakiegokolwiek dokumentu, ale za to z flagą Polski. A zegar tykał…

Istnieje w związku z tym prawdopodobieństwo, że przynajmniej niektórzy z zabranych na pokład samolotów Afgańczyków nie są tymi, za których się podają. Winą za tą sytuację nie należy oczywiście obarczać personelu, który uczestniczył w ewakuacji z Afganistanu. Żołnierze i funkcjonariusze starali się wykonywać swoje obowiązki tak dobrze, jak tylko pozwalały im na to warunki, w jakich przyszło im funkcjonować.

Kabul obnażył za to problemy z jakimi borykają się wojsko i służby od lat – brak długofalowego planowania i wypracowanych wcześniej procedur, słaba koordynacja pomiędzy poszczególnymi „firmami”, niski poziom profesjonalizmu kadr zarządzających i systemowe wady, które sprawiają, że instytucje odpowiedzialne za bezpieczeństwo działają „od jednego pożaru, do drugiego”.

Dlatego ewakuacja z Afganistanu jest tylko jednym z przykładów uskutecznianej w sektorze bezpieczeństwa „partyzantki”. Jak wymagać, aby służby z wyprzedzeniem przewidywały zagrożenia, skoro nie są one w stanie nawet zawczasu zaplanować własnych działań?

Inne państwa też zostały zaskoczone rozwojem wydarzeń w Afganistanie?

Ktoś może powiedzieć – „o co Wam chodzi? Przecież Amerykanie, Kanadyjczycy, czy Niemcy też obudzili się z ręką w nocniku.” Niby tak, ale nie do końca 😉 Przede wszystkim, my nie chcemy oglądać się na inne państwa, bo zależy nam na tym, aby to nasze wojsko i służby operowały na najwyższym poziomie.

Poza tym, szukając podobnych usprawiedliwień należy wziąć pod uwagę również inne czynniki. W przypadku USA doszło prawdopodobnie do świadomej kalkulacji ryzyka, a nie zlekceważenia problemu ewakuacji personelu i współpracowników. Prowadzona przez Amerykanów operacja stopniowego, kompleksowego „wyjścia” z Afganistanu trwała praktycznie już od momentu podpisania porozumienia w Doha w lutym 2020 roku.

To właśnie w tej umowie należy szukać źródeł obserwowanej przez naszych żołnierzy podczas ewakuacji Kabulu współpracy pomiędzy Stanami Zjednoczonymi, UK i Talibami. USA zobowiązało się wtedy opuścić Afganistan do maja 2021 r. (termin ten następnie wydłużono do września tego samego roku). W zamian za to, uzyskano zapewnienie ze strony Talibów, że nie będą oni wspierać terroryzmu.

Świadomie podpisując wspomniane porozumienie bez udziału rządu w Kabulu, Waszyngton zdawał sobie prawdopodobnie sprawę z tego, że upadek stolicy będzie tylko kwestią czasu. Jednak wcześniejsze rozpoczęcie przez USA ewakuacji kluczowego personelu byłoby „gwoździem do trumny” dla afgańskiego rządu. Stanowiłoby jasny sygnał, że nawet Waszyngton nie wierzy w możliwość utrzymania kontroli nad krajem przez rząd afgański, co de facto oznaczałoby jego koniec.

Wydaje się przy tym, że Amerykanie rzeczywiście nie przewidzieli szybkości z jaką Talibowie zajmą Kabul i mieli nadzieję na to, że nie nastąpi to przed ostatecznym terminem wycofania się ich wojsk z Afganistanu. USA własną ocenę sytuacji „eksportowało” natomiast sojusznikom. Pomimo tego, rozpoczęli oni ewakuację z Kabulu już w niedzielę, podczas gdy pierwszy z naszych samolotów wylądował w stolicy Afganistanu dopiero w środę rano.

Ponadto, w Niemczech bezprecedensowa skuteczność ofensywy Talibów wywołała ogólnokrajową burzę. Rozważane jest nawet powołanie specjalnej komisji parlamentarnej mającej wyjaśnić to, dlaczego wywiad – BND nie ostrzegł w porę niemieckiego rządu o nadchodzącym upadku Kabulu. Podkreśla się, że naraziło to współpracowników Niemiec, oraz interesy tego państwa na niebezpieczeństwo.

Z kolei Francuzi „po cichutku” rozpoczęli ewakuację swojego personelu dyplomatycznego, współpracowników i ich rodzin już w maju. Wywieziono wtedy z Afganistanu około 600 osób. Operację kontynuowano w czerwcu i lipcu, pozostawiając w tym kraju jedynie wąską grupę niezbędnych przedstawicieli rządu w Paryżu.

Z kolei w Polsce… tradycyjnie nie przeprowadzono należytej ewaluacji podjętych działań, „z marszu” uznano ewakuację z Kabulu za „sukces”, a urzędnikom przyznano nagrody. I właśnie ten schemat działania jest jednym z istotnych problemów występujących w polskich instytucjach bezpieczeństwa. Najpierw „system” zawiedzie, w związku z czym trzeba „na szybko” wykazywać się „heroizmem” i improwizować. Potem następuje ogłoszenie „sukcesu” połączone z samozadowoleniem osób zarządzających i przymknięciem oczu na negatywne aspekty podjętych przez nich działań.

Odradzające się struktury Państwa Islamskiego w Afganistanie

Terroryści z odradzającego się m.in. w Afganistanie Państwa Islamskiego są trudnym przeciwnikiem, z którym Polska nie musiała się do tej pory realnie zmagać. Warto przy tym pamiętać, że wbrew pozorom IS nie zostało ostatecznie pokonane, a jedynie osłabione. Historia tego ugrupowania pokazuje, że intensywność z jaką operuje ono jest cykliczna.

W 2006 roku, kiedy to ustanowiono ISI (Islamic State of Iraq), organizacja znajdowała się w szczytowym momencie rozkwitu. Powstanie Sunnitów (tzw. „przebudzenie”) w połączeniu z działami kontrterrorystycznymi Amerykanów spowodowały jednak, że ISI poniosło dotkliwe straty. W związku z tym, w 2008 roku zarówno władze USA jak i Iraku twierdziły, że jest ono bliskie upadku. Już w 2014 roku ISI ogłosiło natomiast powstanie kalifatu – Państwa Islamskiego, które w 2015 roku obejmowało swoim zasięgiem rozległe obszary Iraku i Syrii.

Zdecydowano się wtedy przystąpić do ofensywy militarnej skierowanej przeciwko IS, która zmusiła terrorystów do ponownego zejścia do „podziemia”. Jedną z konsekwencji upadku kalifatu było położenie większego nacisku na działalność lokalnych odłamów Państwa Islamskiego. Jednym z nich jest właśnie ten funkcjonujący w Afganistanie – tzw. ISIS-K lub też IS-KP, który dysponuje obecnie liczbą około 2500 bojowników.

Tlący się w tym państwie konflikt i niestabilność sprzyjają rozwojowi działalności ekstremistów, pomimo kierowanych przeciwko nim przez USA działaniom kontreterrorystycznym. Państwo Islamskie w Afganistanie będzie zapewne starać się również przycignąć w swoje szeregi Talibów, którzy sprzeciwiają się wspomnianemu wcześniej porozumieniu z Doha. Pragmatycznie nastawiona grupa liderów ruchu rządzącego obecnie Kabulem będzie zapewne przedstawiana jako „zdrajcy układający się z USA”.

Brak odpowiedniego przygotowania ewakuacji szansą dla terrorystów

Z punktu widzenia ISIS-K chaotycznie prowadzona ewakuacja stwarzała więc możliwość do przedostania się na pokładzie któregoś z samolotów do Europy. W świetle posiadanych przez nas informacji twierdzenie to przestało być już tylko hipotezą. Już teraz zidentyfikowano np. potwierdzonego członka Państwa Islamskiego na pokładzie jednej z maszyn. Został on w przeszłości wydalony z państwa UE, przedostał się następnie do Afganistanu, a w ostatnich dniach próbował powrócić na terytorium innego europejskiego kraju.

Czemu bojownicy Państwa Islamskiego mieliby chcieć przedostać się na Stary Kontynent? Przynajmniej z trzech powodów:

  • Zamachy terrorystyczne dokonywane w Europie są integralną częścią ideologii IS. Nawoływanie do nich zajmuje istotną część działań propagandowych organizacji, szczególnie po utraceniu przez nią kontroli nad terenami „kalifatu” w Iraku i Syrii.
  • Z naszych obserwacji wynika, że ataki przeprowadzone w Europie w 2020 r. przez osoby sympatyzujące z IS miały ograniczoną skalę, głównie ze względu na brak odpowiedniego wyszkolenia i zaplecza logistycznego zamachowców. Było to z kolei skutkiem działań europejskich służb obliczonych na rozbicie miejscowych struktur IS, po tym gdy w 2015 i 2016 roku dokonało ono krwawych zamachów w Paryżu i Brukseli (pochłonęły one łącznie blisko 200 ofiar). Po „upadku” Państwa Islamskiego w Iraku i Syrii możliwości wsparcia i rozbudowy komórek IS w Europie przez „centralę” zostały ograniczone. Kierownictwo IS zdaje sobie z tego sprawę i dąży zapewne do przywrócenia dawnej sprawności operacjom w Europie. Wymaga to jednak wsparcia doświadczonych dżihadystów.
  • W obecnych strukturach Państwa Islamskiego kluczową rolę odgrywa aparat bezpieczeństwa (tzw. Amniyat), który jest spoiwem dążącym do odbudowy roli IS na świecie. To właśnie odłam wywiadowczy tych struktur (tzw. Amn al-Kharji) odpowiada m.in. za dokonywanie zamachów terrorystycznych w Europie i organizację wspomnianych już wcześniej ataków w Paryżu i Brukseli.

Załóżmy więc, że ISIS-K chciało umieścić na pokładzie jednego z polskich samolotów swojego bojownika. Zadanie takie można było zrealizować na wiele sposobów, np.:

  • Przedstawiając fałszywe dokumenty (z różnych względów osoby legitymujące Afgańczyków w Kabulu miałyby trudności z wychwyceniem nawet słabej jakości fałszerstwa).
  • Powołując się na brak dokumentów, ale posiadając dobrą „legendę”.
  • Odbierając prawdziwe dokumenty osobie znajdującej się na liście do ewakuacji i podstawiając w to miejsce bojownika IS.

Po wylądowaniu w Polsce Afgańczycy zostali poddani ponownemu „screeningowi”. Już teraz wiemy, że zidentyfikowano co najmniej cztery osoby, które posługiwały się fałszywymi dokumentami. Znacznie trudniejsze do „wychwycenia” będą jednak dwie pozostałe metody, z czego zapewne zdają sobie sprawę członkowie IS. Wspomniane wcześniej komórki wywiadowcze tej organizacji cechuje profesjonalizm, wynikający m.in. z tego, że zostały one utworzone w oparciu o wiedzę byłych oficerów irackich i syryjskich służb. Została ona wzbogacona dodatkowo informacjami dotyczącymi funkcjonowania CIA i KGB.

Możliwości weryfikacji osoby nie posiadającej dokumentów są bardzo ograniczone i opierają się często na doświadczeniu i intuicji przeprowadzających kontrolę funkcjonariuszy. Pamiętajmy też, że krajowe organa rozpatrujące poszczególne wnioski azylowe będą działać pod wpływem występującej na ogół w takich sprawach presji „politycznej”.

Jeszcze gorzej wygląda sytuacja w przypadku, gdyby IS udało się „przechwycić” Afgańczyka, którzy rzeczywiście znalazł się na polskiej liście osób przeznaczonych do ewakuacji, a następnie „podstawić” w jego miejsce podobnego bojownika. W takich przypadkach problemem jest m.in. to, że łatwiej jest człowiekowi rozpoznać osobę należącą do tej samej grupy etnicznej. Polakowi może się np. wydawać, że dwóch Chińczyków jest do siebie bardzo podobnych, podczas gdy mieszkaniec Pekinu będzie zdania, że osoby te są od siebie zupełnie różne.

Dlatego odpowiednio przeszkolony bojownik IS, wmieszany w tłum osób ewakuowanych z Kabulu, posiadający do tego dobrą „legendę” i autentyczne dokumenty będzie niesamowicie ciężki do zidentyfikowania przez służby. Właśnie po to, aby uniknąć podobnych sytuacji tworzenie list ewakuowanych osób, oraz przygotowywanie procedur ich weryfikacji należało rozpocząć dużo wcześniej.

Prędzej, czy później przeciwnik wykorzysta taką „partyzantkę”. Być może nastąpi to dopiero za kilkanaście miesięcy i na terenie zupełnie innego kraju, a być może tym razem się nam „upiecze”. Za nieszczelny system bezpieczeństwa przyjdzie nam jednak w którymś momencie zapłacić. Niestety.

Jeśli chcecie, abyśmy opowiedzieli Wam o tym, jakie zagrożenie stanowi doświadczony członek IS na terenie Europy, jak duże ryzyko stwarza obecnie działalność tej organizacji w Europie i jak działa jej „wywiad”, dajcie nam o tym znać, a opublikujemy taki tekst w najbliższych dniach.

Możecie z nami porozmawiać za pośrednictwem naszego profilu na twitterze lub poprzez maila: info@bezpieczenstwoistrategia.com. Zapiszcie się też na wysyłany przez nas co tydzień newsletter. Zawiera on informacje o nowych artykułach oraz ekskluzywne i prawdziwe anegdoty ze świata wojska i służb mundurowych.

PS: serdeczne podziękowania dla M. Hypsia i P. Behrendta za umożliwienie nam publikacji artykułu na portalu konflikty.pl, który to gorąco Wam polecamy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back To Top