Emil Czeczko jako element operacji informacyjnej białoruskich służb, obnażającej podatność żołnierza na działanie obcego wywiadu

Emil Czeczko

Dostaliśmy od Was sporo maili, w których opisujecie jak bardzo wkur… (wróć!) rozzłościła Was sprawa Emila Czeczko. I wcale nas to nie dziwi, bo… mamy tak samo! Minęło już jednak trochę czasu odkąd były żołnierz spier… (wróć!) przeszedł na stronę białoruską i po raz pierwszy wypłakał się do piersi tamtejszej „Nataszy” na ekranie telewizji.

Zdecydowaliśmy się więc na spokojnie przeanalizować tło całej sprawy. Dlatego koniec z „koszarowym” językiem, ponieważ kwestie które chcemy poruszyć są poważne. Opowiemy Wam o tym, dlaczego uważamy, że Emil Czeczko był współpracownikiem białoruskich służb specjalnych, a jego dezercja elementem zaplanowanej operacji informacyjnej.

Następnie opiszemy panujący w wojsku chaos organizacyjny, który mógł przyczynić się do tego, że dezerter znalazł się na granicy. Poruszmy również temat stresu i czynników psychologicznych, które mogą wpływać na podatność żołnierzy na działanie obcych wywiadów. Utrudniają one jednocześnie zadanie kontrwywiadowi, którego rolą jest dbanie o prawidłową osłonę działań armii.

Przyczyny, dla których Białoruś zdecydowała się wykorzystać Emila Czeczko

A. Łukaszenka to przywódca, w którego procesie decyzyjnym osobiste emocje zawsze odgrywały istotną rolę. Przykładem tego jest m.in. napór migrantów na polską granicę, którego jedną z przyczyn była chęć zemsty spowodowana nałożeniem przez Brukselę sankcji na reżym w Mińsku. Podobnie było w przypadku Emila Czeczko. Co tym razem nie spodobało się prezydentowi Białorusi?

Była to ucieczka do Polski Olega Galegowa – kontrolera lotów i bezpośredniego świadka sprowadzenia na ziemię samolotu, na pokładzie którego znajdował się Roman Protasiewicz. Wspomniany mężczyzna przebywał wtedy na wieży lotniska w Mińsku i był tym, który w porozumieniu z oficerem KGB wydawał polecenia maszynie Ryanair podczas feralnego lotu do Wilna.

Białoruski oferent miał początkowo zgłosić się do ambasady amerykańskiej w Warszawie. Przedstawiciele Waszyngtonu powiadomili o tym jednak ABW, które najprawdopodobniej przejęło kontakt z O. Galegowem. Dostarczył on rządowi RP istotnych dowodów na wymuszenie przez KGB lądowania samolotu Ryanair pod fałszywym pretekstem.

Pozwoli to zapewne wysunąć stronie polskiej akt oskarżenia przeciwko wysokim przedstawicielom władz Białorusi. Wspomniane informacje ujawnił New York Times 8 grudnia 2021 roku. Następnego dnia potwierdziło je ABW. 17 grudnia Emil Czeczko „gościł” już na ekranach telewizorów.

Wydaje się więc, że sprawa dezertera mogła być traktowana nie tylko przez prezydenta, ale również przez białoruskie służby jako element rywalizacji z Polską. Ucieczka żołnierza zbiegła się ponadto w czasie z ogłoszeniem wysokich wyroków przeciwko opozycjonistom, wśród których był m.in. blogger Eduard Palczys. Drugorzędnym celem mogła być więc chęć „przykrycia” tych wydarzeń.

Od tamtego czasu Emil Czeczko kontynuuje swoje „tournée” po białoruskich i rosyjskich mediach powtarzając brednie o rzekomych zbrodniach jakich mieli się dopuszczać żołnierze WP wobec migrantów. Z perspektywy Mińska i Moskwy jest to znakomite uwiarygodnienie narracji dotyczącej „niehumanitarnego” podejścia Warszawy w stosunku do osób próbujących przekroczyć granicę.

Na niekorzyść RP działa przy tym brak skoordynowanej polityki informacyjnej rządu. Problem ten narasta od lat i jest jedną z przyczyn negatywnego postrzegania Polski na Zachodzie, gdyż przekazy dotyczące naszego kraju w światowych mediach mają często negatywne zabarwienie lub też są pisane wyłącznie z perspektywy migrantów.

Powoduje to, że dla przeciętnego zagranicznego odbiorcy narracja o „nieludzkim” traktowaniu osób na granicy z Białorusią wydaje się spójna z szerszym obrazem RP, który funkcjonuje w międzynarodowych mediach. Umożliwia on Rosji włączenie się w wojnę informacyjną domagając się śledztwa w sprawie rzekomych zabójstw migrantów dokonanych przez żołnierzy WP.

Moskwie i Mińskowi zależy jednak nie tylko na negatywnym postrzeganiu Warszawy na Zachodzie. Dezercja Emila Czeczko niesie za sobą także ryzyko dalszego inspirowania antypolskich sentymentów w krajach pochodzenia migrantów. W połączeniu z infiltracją agenturalną tego środowiska przez wschodnie służby, może się to przełożyć na wzrost zagrożenia terrorystycznego w RP.

Emil Czeczko był współpracownikiem białoruskich służb

Naszym zdaniem jest wysoce prawdopodobne, że polski dezerter był współpracownikiem białoruskiego wywiadu. Świadczy o tym przede wszystkim jego bardzo szybkie wystąpienie przed kamerą. Gdyby służby naszego wschodniego sąsiada nie prowadziły z nim wcześniej dialogu zostałby on najpierw poddany długotrwałej weryfikacji i przesłuchaniom.

W tym przypadku Mińsk postępuje jednak tak, jakby dezerter był znanym mu już od pewnego czasu aktywem, które jest obecnie wykorzystywane na potrzeby machiny propagandowej. Nie wiemy oczywiście jak w szczegółach prowadzony był dialog z żołnierzem. Możliwych jest przynajmniej kilka scenariuszy.

Oficerowie wywiadu mogli utrzymywać z Emilem Czeczko kontakt już od dłuższego czasu, nie kryjąc się z tym, jaką instytucję reprezentują. Ich celem mogło być początkowo pozyskiwanie informacji, a dezercja została zaplanowana dopiero po tym, gdy stało się jasnym, że kariera wojskowa tajnego współpracownika dobiegła końca.

Prawdopodobnym wariantem jest też to, że białoruskie służby kierowały się potrzebą chwili. Ich zwierzchnicy, a w szczególności A. Łukaszenka nie mogli być przecież zadowoleni z ujawnienia informacji o tym, że kontroler lotu z Mińska zdołał opuścić kraj i współpracuje z ABW. Padła więc decyzja o przeprowadzeniu szybkiej akcji odwetowej, mającej pomóc w „przykryciu” porażki.

Zaczęto analizować różne warianty. Zaproponowano wykorzystanie Emila Czeczko. Mógł on wejść w zainteresowanie Białorusinów już wcześniej, w wyniku prowadzonego przez nich monitoringu aktywności polskich wojskowych w Internecie. Alternatywnie, szeregowy został zidentyfikowany przez jedno z działających w jego otoczeniu aktyw białoruskiego wywiadu.

Takie osoby mogą funkcjonować np. wśród narodowców lub kadry oficerskiej WP. Poprzednio nie zdecydowano się jednak pogłębić prowadzonego z Emilem Czeczko dialogu, gdyż uznano, że nie jest on wystarczająco cennym źródłem informacji. Teraz sytuacja się zmieniła. Kontakt odnowiono, a okoliczności życiowe sprawiły, że polski żołnierz okazał się być wyjątkowo skory do współpracy.

Trzecim, najbardziej niepokojącym, scenariuszem byłoby natomiast samodzielne zgłoszenie się dezertera do białoruskich służb specjalnych w charakterze oferenta. W obliczu groźby wydalenia z armii radykalne poglądy Emila Czeczko mogły skłonić go do tego, aby zaproponować swoje „usługi” przeciwnikowi w zamian za wynagrodzenie i obietnicę azylu.

Dlaczego jest to niepokojące? Ponieważ oznaczałoby, że przynajmniej niektórzy polscy żołnierze są na tyle „chwiejni”, że ułatwiają zadanie wrogim służbom specjalnym, samemu zgłaszając się do nich z propozycją współpracy. A jeśli tak, to inni wojskowi mogą być także podatni na bardziej wyrafinowane działania werbunkowe ze strony obcych wywiadów.

Chaos organizacyjny w Wojsku Polskim

Część komentarzy dotyczących dezercji skupiła się na poszukiwaniu przyczyn, dla których żołnierz zatrzymany kilka dni wcześniej przez Żandarmerię Wojskową za jazdę po pijanemu znalazł się na granicy. Jest to istotny wątek sprawy Emila Czeczko. Zakładając jednak, że jego ucieczka była elementem operacji informacyjnej służb, nie jest on decydujący.

Nawet gdyby zdrajca został wydalony z armii i nie pojawił się na służbie, przedostałby się zapewne na teren Białorusi już jako cywil, a dalsza część „spektaklu” wyglądałaby tak samo. Dezercja żołnierza z przygranicznego posterunku była „efektowniejsza” z punktu widzenia propagandy. Nie była jednak kluczowa dla ostatecznego powodzenia całej operacji.

Z tego punktu widzenia, decyzja MON o zdymisjonowaniu dowódców plutonu, baterii i 2 dywizjonu, 11 Mazurskiego Pułku Artylerii, gdzie stacjonował Emil Czeczko wydaje się być jedynie poszukiwaniem „kozła ofiarnego”. Osoby te funkcjonowały bowiem w ramach panującego w całym wojsku chaosu organizacyjnego i powolnego obiegu dokumentów.

To właśnie te dwa elementy miały zaś kluczowe znaczenie dla wysłania przyszłego dezertera na granicę. Przyczyną wspomnianego zamętu w WP jest zaś to, że 110 tysięczna polska armia jest w dużej mierze fikcją, a faktyczna liczba osób zdolnych do prowadzenia działań bojowych jest znacznie niższa. Wojsko ma więc problem z oddelegowaniem wystarczającej liczby żołnierzy na granicę.

W związku z tym wysyła się „każdego, kto się nawinie”. Problem pogłębia dodatkowo złe zarządzanie ograniczonymi zasobami, którymi dysponują wysocy rangą oficerowie. Przyjrzyjmy się temu, jak na poziomie jednostki wygląda proces doboru żołnierzy przeznaczonych do pełnienia zadań na wschodniej rubieży.

Służbę w danym okresie powinien teoretycznie pełnić wyznaczony do tej roli związek taktyczny, np. 12 BZ. Jednostki liniowe mają jednak trudności z ukompletowaniem stanów osobowych własnych pododdziałów. Listy wysyłanych wojskowych tworzone są natomiast na szczeblu kompanii.

Załóżmy, że jeden z batalionów dysponuje liczbą pięciuset etatów. Jeśli jego ukompletowanie kształtuje się na poziomie 75% to dowódca dysponuje realnie liczbą 375 żołnierzy. Część z nich musi jednak pozostać w garnizonie, aby zagwarantować ciągłość dowodzenia. Są to zwłaszcza sztab i służby dyżurne. Kolejna grupa wojskowych jest z reguły oddelegowana (np. na szkolenia).

Jeszcze inni są zwolnieni z wykonywania obowiązków służbowych. Określona i systematycznie rosnąca grupa wybiera zaś wariant tzw. ,,taktycznego” zwolnienia lekarskiego. Wiąże się to częściowo z obserwowanym w ostatnich latach „fenomenem” zapełniania armii ludźmi, którzy „nie mieli co ze sobą zrobić”, a słyszeli, że w wojsku jest „dobry socjal i stabilna praca”.

Nie każda z tych osób posiada jednak odpowiednie predyspozycje do służby w WP. Presja na rozbudowę jego liczebności w połączeniu z obniżonymi wymogami przyjęcia („sztuka jest sztuka”) i niekorzystnymi trendami demograficznymi, powoduje zaś obniżkę jakości kadr. Wpływa też negatywnie na motywację „mundurowych”, którym niekoniecznie „widzi się” marznąć na granicy.

Finalnie, może się więc okazać, że żołnierzy gotowych do wyjazdu jest nie 500, a jedynie 260. Przykładowy generał decydujący o alokacji zasobów nie bierze jednak tego pod uwagę. W sztabie docierają do niego z reguły „kwity” i statystyki informujące o tym, jak dobrze wygląda sytuacja w danej jednostce. Potwierdzają to również otaczający generała „potakiwacze”.

Dowódca wydaje więc rozkaz. A wiadomo – w wojsku rozkaz to rozkaz. Trzeba go wykonać. A że został wydany w oderwaniu od rzeczywistości to już nikogo nie interesuje:

– Dawać tu 300 chłopa! Ojczyzna wzywa – rozlegają się krzyki na kompanii.

– Ty! Jedziesz na granicę – kontynuowana jest „łapanka”.

– A na ile? – odpowiada żołnierz.

– Nie wiadomo – krótko wyjaśnia przełożony.

– Oooo! Emil? Wiem, że odchodzisz i nie wszystko jest z Tobą ok, ale sorry… misja czeka.

Pomimo wysyłania na granicę każdego „Emila”, który jest akurat „pod ręką”, żołnierzy i tak brakuje, a planowane siły trzeba uzupełniać zasobami pochodzącymi z innych jednostek. Wspomniane bolączki organizacyjne znajdują się jednak poza kontrolą dowódcy plutonu, czy dowódcy baterii, którzy zostali obarczeni odpowiedzialnością za sprawę Emila Czeczko.

Pozornie dziwić może również to, że meldunek Żandarmerii Wojskowej z 11 grudnia, w którym opisana była jazda przyszłego dezertera pod wpływem alkoholu nie dotarł na czas do jego jednostki. Nie jest to jednak nic zaskakującego dla każdego, kto zetknął się ze ślamazarnym i archaicznym systemem obiegu dokumentów funkcjonującym w wojsku.

Emil Czeczko został zatrzymany do kontroli w sobotę. Z perspektywy ŻW nie była to sprawa niecierpiąca zwłoki. Trzeba było więc „na spokojnie” przygotować pismo i dać je w tygodniu do podpisania komendantowi. Natomiast po przyjściu informacji do jednostki, należało z nią zapoznać dowódcę, który musiał rozpisać „kwit” na odpowiednie osoby.

Sekcja personalna musiała zaś zlokalizować, w którym plutonie służy żołnierz, którego dotyczy pismo. Z kolei bezpośredni przełożony, zajęty przygotowaniami do wyjazdu, mógł go nawet nie przeczytać. A nawet gdyby to zrobił, to szeregowy Czeczko złożył przecież raport o zwolnienie, więc po co się „bawić” w dyscyplinarkę? „Dobra, wyślemy go ostatni raz, a potem sobie odejdzie…”

Przygotowanie żołnierzy do służby w warunkach stresu

Pojawia się coraz więcej przesłanek pozwalających twierdzić, że poprawy wymaga przygotowanie żołnierzy do pracy w stresie. Dezercji Emila Czeczko nie powinno się postrzegać w oderwaniu od samobójstw wojskowych, o których wiele się nie mówi (choć mają one miejsce), nadużywania alkoholu na granicy, czy uchylania się przez żołnierzy od wyjazdu na wschód (np. przy pomocy L4).

Przyczyny problemów należy upatrywać już na etapie rekrutacji. Wspomnieliśmy już, że do ogłaszanego przez polityków zwiększania liczebności armii dąży się przy pomocy najprostszych środków. Jednym z nich jest obniżenie wymagań wstępnych podczas badań psychologicznych dla kandydatów do służby.

Poprzez odpowiednie rozpoznanie tego, którzy żołnierze źle znoszą określone czynniki stresogenne, dowódcy mogą pomagać w ich rozładowaniu, np. poprzez odpowiednią rozmowę, czy zapewnienie szeregowemu czasu na odpoczynek. Nasi podoficerowie i oficerowie nie są jednak szkoleni w tym zakresie „na szkołach”. Nie mają też okazji do rozwinięcia w sobie kompetencji „miękkich”.

Oprócz tego, nawet gdyby uznali za stosowne „zluzowanie” jednego z podwładnych, wspomniany przez nas wcześniej chaos organizacyjny nie pozwala im często na odpowiednią rotację siłami w terenie. Zdarza się, że służbę na granicy pełnią żołnierze, którzy nawet po spędzeniu tam sześciu tygodni z rzędu nie posiadają informacji na temat tego, kiedy zostaną zastąpieni przez kolegów.

Stres odczuwany przez wojskowych, których predyspozycje do pełnienia służby w niektórych przypadkach są wątpliwe (patrz: Emil Czeczko) jest więc dodatkowo pogłębiany przez braki organizacyjne i szkoleniowe. Dochodzi do tego jeszcze nieodpowiednie przygotowanie sprzętowe, oraz okresowe trudności logistyczne wojska stacjonującego na granicy.

Oprócz tego, morale wielu żołnierzy jest niesatysfakcjonujące (m.in. z powodu otaczającej ich „bylejakości”), a poziom motywacji do pełnienia wymagającej służby m.in. wśród tych, którzy „nie mieli co ze sobą zrobić, więc poszli do armii”, może budzić wątpliwości.

Na zewnątrz armia może więc wyglądać solidnie, ale wnętrze niektórych jednostek może w gruncie rzeczy stanowić „mieszankę wybuchową”. Wzmacnia to ich podatność m.in. na ataki informacyjne podczas wykonywania zadań na granicy, czy zabiegi werbunkowe obcych służb specjalnych. Kontrwywiad wojskowy ma więc już na starcie pełne ręce roboty…

Osłona kontrwywiadowcza Wojska Polskiego

I teraz fundamentalne pytanie: czy dezercji można było zapobiec? Naszym zdaniem kraje demokratyczne, w tym Polska, nie są w stanie w 100% zabezpieczyć się przed działaniami obcych wywiadów, szczególnie tych operujących na wysokim poziomie. Musiałoby się to wiązać z wszechobecną inwigilacją, a i to nie gwarantowałoby pełnej skuteczności.

Kontrwywiad może jednak utrudniać pracę obcym służbom, a tym samym decydować jak wielu tajnych współpracowników obcych służb funkcjonuje w szeregach wojska. Odpowiednia osłona może również znacząco skomplikować wysiłki przeciwnika zmierzające do pozyskania wrażliwych informacji dotyczących WP.

Działalność SKW powinna więc zaczynać się od prewencji, czyli m.in. ograniczania przyczyn, dla których żołnierze mogą być podatni na werbunek ze strony obcego wywiadu. Oznaczać musiałoby to m.in. włączenie się w czynności zmierzające do poprawy morale wojska, gdyż zdemotywowany żołnierz jest znacznie bardziej podatny na działania wroga.

Kontrwywiad powinien więc pełnić rolę „zaworu bezpieczeństwa” zwracającego uwagę wysokich oficerów i kierownictwa MON na braki w przygotowaniu żołnierzy do radzenia sobie ze stresem, czy konieczność poprawy „screeningu” psychologicznego kandydatów. Służba mogłaby wręcz lobbować za rozwiązaniami systemowymi, takimi jak zwiększenie opieki psychologicznej w armii.

Aby uchronić się przed „powtórką z Emila”, SKW powinno ponadto zaczynać przygotowania do zabezpieczenia działań wojska w danym rejonie z wyprzedzeniem. Przewidywanie zagrożeń, takich jak dezercja wymaga bowiem czasu, potrzebnego m.in. na opracowanie procedur zapobiegających delegowaniu żołnierzy, wykazujących postawy skrajne lub znajdujących się w konflikcie z prawem.

Jednym z priorytetowych kierunków działania kontrwywiadu powinna być ponadto praca u podstaw, czyli objęcie odpowiednią ochroną poszczególnych jednostek w celu utrudnienia ich penetracji agenturalnej. Ułatwia to również działania doraźne, np. wytypowanie osób, które mogą być narażone na działanie obcego wywiadu i niedopuszczenie ich do pełnienia obowiązków na granicy.

Opracowania wymaga też polityka w zakresie korzystania z mediów społecznościowych przez żołnierzy. Niezbędna jest ponadto edukacja wojskowych dotycząca zagrożeń w cyberprzestrzeni, a także zapewnienie bezpiecznych kanałów łączności w połączeniu z procedurami chroniącymi przed wrogimi działaniami SIGINT.

Do tego dochodzi jeszcze przygotowanie się na wykorzystanie przez przeciwnika innowacji, które wchodzą powoli do „kanonu” operacji informacyjnych. Są to tzw. „deepfakes” i „cheapfakes”, czyli fałszywe materiały foto, video lub tekstowe, których celem jest dezinformacja. Pierwsze z nich tworzone są dodatkowo z wykorzystaniem sztucznej inteligencji, co utrudnia wykrycie fałszerstwa.

Zasadnym wydaje się również posiadanie przez służby narzędzi prowadzenia ofensywnych operacji informacyjnych. Emil Czeczko planuje udzielenie wywiadu? Być może więc do zagranicznych mediów powinno trafić nagranie z jego „kolegą”, który twierdzi, że dezerter dzwonił do niego informując o tym, że białoruskie służby obiecały mu wynagrodzenie.

Natomiast po pierwszym wystąpieniu propagandowym byłego żołnierza, w sieci mogłyby ukazać się materiały pokazujące jak będąc pijanym obraża on A. Łukaszenkę. Celem byłaby dyskredytacja Emila Czeczko w oczach białoruskiej opinii publicznej i doprowadzenie do tego, że Mińsk nie mógłby sobie pozwolić na dalsze wyświetlanie wywiadów z „przeciwnikiem głowy Białorusi”.

Dezercja polskiego żołnierza obrazuje współzależność poszczególnych elementów systemu bezpieczeństwa państwa. Brak polityki ukierunkowanej na tworzenie pozytywnego wizerunku kraju, ułatwia ataki propagandowe przeciwnika. Do ich przeprowadzenia służby specjalne mogą z kolei wykorzystać źródła osobowe, których pozyskiwanie zależy od skuteczności działania kontrwywiadu.

Sprawa Emila Czeczko uwidoczniła ponadto czynniki zwiększające podatność polskiej armii na działanie obcych służb specjalnych. Należy je jak najszybciej zlikwidować i „cieszyć się”, że strona białoruska nie zdecydowała się wykorzystać dezertera do bardziej niebezpiecznych działań, takich jak np. wywołanie kontaktu ogniowego na granicy…

Możecie z nami porozmawiać za pośrednictwem:

Zapiszcie się też na wysyłany przez nas co tydzień newsletter. Zawiera on komentarz do wydarzeń bieżących oraz ekskluzywne i prawdziwe anegdoty ze świata wojska i służb mundurowych.

One thought on “Emil Czeczko jako element operacji informacyjnej białoruskich służb, obnażającej podatność żołnierza na działanie obcego wywiadu

  1. Jak się zdaje to mandat dezertera to nie był najmniejszy jego problem prawny. Tuż przed Sylwestrem uprawomocnił się wyrok za znęcanie się nad matką. Wiadomości o takowej sytuacji prawnej powinna wykluczać nie tylko z operacji Granica, ale w ogóle ze służb mundurowych i innych, które z założenia są (…)narażone(…) na znalezienia się w sytuacji wymagającej użycia środków przymusu bezpośredniego, np. agencji ochrony.
    A biorąc pod uwagę, że Czeczko dopuszczał się przestępst z użyciem przemocy i być może był zadaniowany przez białoruski wywiad oraz był puszczany w samopas, któremu trupy na naszy koncie są na rękę, trzeba przyjąć, że istnieje spore prawpodobieństwo, że to on był owymi (…)żołnierzami mordującymi migrantów(…). Jeśli to prawda to można założyć, że dla uniknięcia odpowiedzialności za te mordy najwięcej przyłoży się strona polska, która nie tylko odmówi wszczęcia śledztwa w tych dwóch, co się przyznał, ale i odmawiając białoruskim śledczym dostępu do miejsca domniemanej zbrodn, czego skutkiem ubocznym będzie rozkręcenie skandalu dyplomatycznego.
    Rozważała Redakcja, aby pójść tym tropem?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Back To Top