Dlaczego wysyłanie polskich żołnierzy na misje na „końcu świata” ma sens? Cz. 2/2

Polska baza w Afganistanie

W pierwszej części artykułu staraliśmy się Was przekonać do tego, że udział polskich żołnierzy w misjach antyterrorystycznych może mieć sens pod warunkiem, że będzie on elementem szerszej polityki bezpieczeństwa państwa. W takim przypadku wojsko jest instrumentem, za pomocą którego uzyskujemy od wspieranych przez nas partnerów realne korzyści. Oprócz tego, przeanalizowaliśmy stopień zagrożenia terroryzmem islamskim w Europie pokazując, że jest on silnie uzależnionyod posiadania przez zamachowców stałej „bazy” terytorialnej.

W drugiej części tekstu postaramy się zarysować strategie stosowane przez dżihadystów i przyczyny, z powodu których rzekomo „pokonane” organizacje takie jak Państwo Islamskie potrafią się odradzać w innym „wcieleniu”. Opowiemy Wam również o tym, dlaczego przeciwdziałanie tworzeniu przez terrorystów „bazy” terytorialnej wymaga stałego prowadzenia operacji antyterrorystycznych.

Zdają sobie z tego sprawę takie kraje jak USA, Francja, czy Wielka Brytania, w których to zagrożenie terroryzmem islamskim jest wyższe niż w Polsce. Jednak brak zasobów, niechęć do działań mogących skutkować spadkiem poparcia danej partii lub opór społeczny utrudnia im podejmowanie interwencji. Z kolei nasze społeczeństwo niejednokrotnie udowadniało, że jest skłonne do poświęceń w imię bezpieczeństwa państwa. Rolą elit jest zadbanie o to, aby trud ten nie poszedł na marne.

W 1990 roku, gdy Amerykanie nie byli w stanie „wyciągnąć” z Iraku własnych funkcjonariuszy służb, tej ryzykownej operacji podjęła się Polska. W zamian za to nasze władze uzyskały umorzenie połowy długu zagranicznego RP, pomoc w tworzeniu JW Grom i postawiły pierwszy krok na drodze do NATO. O tym, że polityka jest grą interesów zapomnieliśmy jednak przy okazji misji w Afganistanie, czy udzielania zgody na funkcjonowanie tajnych więzień CIA w Starych Kiejkutach i nie otrzymując praktycznie nic w zamian.

Operacje antyterrorystyczne są szansą na uzyskanie korzystnych dla RP rozwiązań w innych sferach bezpieczeństwa i dobrym poligonem doświadczalnym dla Wojska Polskiego, służącym podnoszeniu jego wartości bojowej. Działania naszych żołnierzy powinny być jednak podporządkowane szerszej strategii politycznej na danym terenie, a przede wszystkim odniesieniu przez RP realnych korzyści w dziedzinie bezpieczeństwa.

Zachód nie potrafi zwalczać fundamentalnych przyczyn terroryzmu islamskiego

W dyskusji na temat prewencji zamachów organizowanych przez dżihadystów główny nacisk kładziony jest często na działalność lokalnych służb, takich jak polskie ABW. Tak naprawdę jednak ze wspomnianym zjawiskiem można walczyć na trzech poziomach:

  • Redukcja ryzyka utworzenia organizacji terrorystycznej.
  • Uniemożliwienie organizacji osiągnięcia zdolności do przeprowadzenia zamachu.
  • Zapobieganie konkretnemu zamachowi organizowanemu przez organizację w Europie.

Takie spojrzenie na terroryzm islamski pokazuje, że służby lokalne to tak naprawdę „ostatnia deska ratunku” w walce z zagrożeniem. Powinna się ona rozpoczynać daleko poza granicami krajów UE, w miejscach, w których Państwo Islamskie i Al-Kaida jeszcze nie operują, lecz które ze względu na swoją sytuację stanowią podatny grunt dla działalności ekstremistów. Radykalizacji sprzyjają takie czynniki jak nieefektywne administrowanie krajem, niepopularne rządy autorytarne, problemy społeczne, brak praworządności, czy konflikty zbrojne.

Ponadto, część społeczności muzułmańskiej wykazuje anty-zachodni sentyment. Jego przyczyny tkwią jeszcze w epoce kolonialnej, co powoduje, że np. amerykański ekspansjonizm może być postrzegany jako neokolonializm. Co więcej, zachodnie tendencje do odrzucania religii jako „reliktu przeszłości” hamującego wysiłek modernizacyjny są dla pewnej grupy muzułmanów niezrozumiałe. Podobnie jest z „demokracją”, która z ich perspektywy okazała się nieść za sobą tragiczne skutki.

Podobne postawy powodują, że część wyznawców islamu postrzega i będzie postrzegać państwa zachodnie jako przeciwnika dążącego do upokorzenia i zmarginalizowania ich religii. W połączeniu ze wspomnianymi wcześniej czynnikami społecznymi i regionalną niestabilnością, tworzy to szerokie grono zwolenników, dla których hasła głoszone przez organizacje terrorystyczne mogą wydawać się atrakcyjne i motywujące do wstąpienia w ich struktury.

Chcąc zatem walczyć z dżihadystami Zachód powinien dążyć do stabilizacji państw arabskich, zapobiegać lokalnym konfrontacjom i eskalacji napięć, nie dopuszczać do powstawania tzw. „państw upadłych” i wspierać formowanie się społeczeństw obywatelskich. Interwencje w Iraku, gdzie Amerykanie wręcz zdestabilizowali ten kraj, Afganistanie, czy Libii pokazują jednak jak ciężkie jest to zadanie. Nie sprzyjają one również zmianie sposobu postrzegania Zachodu wśród społeczeństw arabskich.

Bazując na dotychczasowych doświadczeniach, można więc założyć, że sukces w dążeniu do redukcji ryzyka utworzenia organizacji terrorystycznej na określonych obszarach jest mało realistyczny. Nie oznacza to, że powinno się zrezygnować z tego typu wysiłków. Jednak w średnim horyzoncie czasowym przeciwdziałanie terroryzmowi islamskiemu musi obejmować uniemożliwianie organizacjom terrorystycznym osiągnięcia zdolności do przeprowadzenia zamachów w Europie.

Innymi słowy należy podejmować operacje mające na celu zapobiegnięcie powstawaniu „baz” terytorialnych, które to dżihadyści mogliby wykorzystać do zwiększenia skali swej działalności (np. „kalifat” Państwa Islamskiego na terenie Syrii i Iraku). W związku z tym, operacje muszą mieć charakter ciągły i prewencyjny. Nie powinny być też działaniami czysto militarnymi. W przeciwnym wypadku organizacje terrorystyczne będą systematycznie „odradzały się” lub w ich miejsce będą powstawać nowe struktury.

Wojna z terroryzmem” przypomina zabawę w chowanego

Obecna „wojna z terroryzmem” przypomina nieco zabawę w chowanego. Ciężko jest pokonać szerokie zjawisko o rozległych przyczynach jedynie środkami wojskowym, które są na dodatek w pewnych okresach zwiększane, aby potem zostać drastycznie zredukowanymi. Co więcej, odniesienie zwycięstwa w jednej fazie walki partyzanckiej rzadko kiedy równa się totalnej wygranej w „wojnie”. Doskonale widać to na przykładzie historii Państwa Islamskiego.

Początki tej organizacji sięgają 1999 r. Jej stopniowy rozwój miał swój pierwszy moment kulminacyjny w roku 2006, kiedy to ogłoszono powstanie tzw. Państwa Islamskiego w Iraku (ISI). Powstanie Sunnitów (al-sawha, „przebudzenie”) i działania kontrterrorystyczne osłabiły jednak grupę do tego stopnia, że w 2008 roku ogłoszono, że jest ona na skraju porażki.

Po tym, gdy przewodnictwo w ruchu objęli byli funkcjonariusze irackich służb (w szczególności wywiadu), a funkcję lidera powierzono Abu Bakr al-Baghdadiemu (Maj 2010 r.) Państwo Islamskie rozpoczęło kolejny okres dynamicznego rozkwitu. Czynnikami, które znacząco się do tego przyczyniły było wycofanie wojsk USA z Iraku w 2011 r. i wybuch konfliktu w Syrii. Doprowadziło to do drugiego momentu kulminacyjnego w historii organizacji, jakim było ogłoszenie przez IS „kalifatu” w czerwcu 2014 r.

USA zdały sobie sprawę z błędu polegającego na zbyt szybkim odstąpieniu od działań antyterrorystycznych wobec Państwa Islamskiego. Konsekwencją tego zaniechania było to, że ponowne zmuszenie IS do zejścia „do podziemia” wymagało zaangażowania znacznych, koalicyjnych sił wojskowych, które były dodatkowo wspomagane działaniami Rosji i Turcji. Po kilku latach, w roku 2019, Państwo Islamskie zostało jednak ponownie zmuszone do rozpoczęcia kolejnego w swej historii etapu walki partyzanckiej.

Struktura organizacji została dopasowana do nowych okoliczności. Za „macierz” nadal uznawane są tereny Syrii i Iraku. IS dąży jednak do globalnej ekspansji przy pomocy regionalnych filii, z których najważniejsze to te operujące w Afganistanie, Zachodniej Afryce i Wschodniej Azji. Terroryści próbują włączyć się tam w lokalne konflikty i zdobyć poparcie m.in. poprzez oferowanie ochrony lokalnej populacji.

Jednym z najistotniejszych czynników skłaniających inne grupy do złożenia przysięgi wierności (bayat) na rzecz kierownictwa IS jest tzw. manhaj – szereg założeń warunkujących unikalną strategię walki partyzanckiej, która ma doprowadzić do osiągnięcia konsolidacji terytorialnej (tamkin). Państwo Islamskie jest w tym względzie postrzegane jako bardziej wiarygodne niż np.
Al-Kaida, ponieważ utworzenie kalifatu w 2014 roku potwierdziło skuteczność proponowanej przez organizację strategii.

Poszczególne odłamy IS adaptują te zasady do lokalnych warunków. Generalnie jednak starają się najpierw zbudować strukturę organizacyjną złożoną z niejawnych komórek. Przeprowadzają one ataki terrorystyczne mające na celu destabilizację danego obszaru. Z czasem ich ilość i skala ulega zwiększeniu. Są one elementami kampanii obliczonej „na wyniszczenie” lokalnych władz, która jest uzupełniana aktywnością polityczną (np. zawieraniem zakulisowych porozumień z lokalnymi liderami).

Równolegle bojownicy starają się sprawować coraz szerszą władzę na danym terytorium – oferują pomoc w rozwiązywaniu konfliktów, ochronę ludności i stabilizację. W zamian za to, oczekują od społeczności płacenia podatków. W założeniu ma to umożliwić wyparcie sił rządowych z kluczowych obszarów pozamiejskich, a następnie przypuszczenie ofensywy na kluczowe obszary zabudowane.

Podobna strategia była realizowana przez IS w latach 2010-2014 i została ponownie wcielona w życie po ”rozbiciu” kalifatu. W zależności od obszaru, działania organizacji znajdują się jednak na różnych etapach kampanii partyzanckiej. Liczba organizowanych przez IS zamachów w Iraku osiągnęła np. w 2020 roku poziom obserwowany tam wcześniej – w 2012 roku. Z kolei działalność Państwa Islamskiego w Zachodniej Afryce przypomina charakterem aktywność tej organizacji w Iraku i Syrii na przełomie 2013 i 2014 roku, czyli tuż przed ogłoszeniem „kalifatu”.

Z kolei, o zwiększającej się skuteczności Państwa Islamskiego w Afganistanie świadczy przeprowadzony 26 sierpnia zamach w Kabulu, który nie byłby możliwy bez infiltracji przez ISKP (Państwo Islamskie Prowincji Chorasan) Talibów. Jak słusznie zauważa W. Repetowicz istnieje szereg czynników, które sprzyjać będą dalszej destabilizacji Afganistanu i rosnącym wpływom IS w tym kraju.

Organizacja potrafi więc płynnie modyfikować swoją strukturę w zależności od potrzeb. Obecnie ma ona zdecentralizowany charakter, w którym lokalne odłamy zachowują sporą autonomię, kierując się jednak założeniami strategii ustalanymi przez „centralę”. Przykładem nadrzędnej roli kierownictwa i tego, że Państwo Islamskie nie zostało rozbite jest to, że intensywność ataków we wszystkich regionach wzrasta w okresach, gdy „centrum” ogłosi publiczne wezwanie do przemocy.

Terror ma na celu podważenie lokalnej administracji, a następnie wypełnienie powstałej w ten sposób „pustki” w strukturach władzy przez terrorystów. Jeśli więc państwa zachodnie nie są w stanie zapobiec destabilizacji takich obszarów jak Afryka Zachodnia, czy zbudować trwałych organizmów państwowych w krajach pokroju Afganistanu, muszą liczyć się z nieustanną koniecznością podejmowania operacji antyterrorystycznych. W przeciwnym wypadku któraś z organizacji, prędzej czy później, utworzy „bazę” terytorialną, która znacząco zwiększy ryzyko zamachów w Europie.

Tymczasem trendy są odwrotne. Po wycofaniu wojsk koalicyjnych z Afganistanu, a wcześniej z Syrii, Amerykanie zamierzają zredukować swoją obecność również w Iraku. Na poziomie strategicznym rozumiemy te decyzje. Powstrzymywanie Chin jest dużo większym i ważniejszym wyzwaniem z perspektywy Stanów Zjednoczonych, niż absorbujące ich uwagę operacje na Bliskim Wschodzie.

Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że Amerykanie poruszają się „od ściany do ściany” – albo pełnoskalowa inwazja, albo kompletne wycofanie się. Wydaje się również, że istotnymi motywami działania D. Trumpa, czy J. Bidena są ponadto kalkulacje polityczne i słabnące poparcie społeczne dla interwencji na Bliskim Wschodzie. Z podobnymi dylematami boryka się również Francja w Afryce. Powoduje to, że oferując realne wsparcie na rzecz walki z terroryzmem Polska mogłaby uzyskać od sojuszników spore korzyści.

Broń żołnierza podczas misji wojskowej
Na misji najlepszym przyjacielem jest… 😉

Cele lokalne i globalne organizacji terrorystycznych

Wielu dżihadystów głosi hasła „zniszczenia Zachodu”, „globalnego dżihadu”, czy „światowego kalifatu”. Dopóki jednak nie zdobędą oni władzy na swoich macierzystych obszarach, pozostają one raczej „sloganami marketingowymi”. Państwo Islamskie wykorzystywało tego typu hasła przede wszystkim do tego, aby przyciągnąć w swoje szeregi zagranicznych bojowników, którzy mieli jednak zostać wykorzystani w pierwszej kolejności do przejęcia władzy w Iraku.

Nie znaczy to oczywiście, że ataki w Europie nie leżą kompletnie w polu zainteresowań terrorystów. Z reguły jednak organizacja musi najpierw umocnić się w bezpośrednim otoczeniu, aby uznać że posiada wystarczająco sił i środków, aby angażować się w ataki na terenie UE. Dlatego powstrzymywanie ekspansji dżihadystów powinno być dokonywane na jak najwcześniejszym etapie rozwoju poszczególnych grup. W takim przypadku, pozostaną one skupione przede wszystkim na celach lokalnych.

Okres świetności kalifatu IS to również czas najkrwawszych zamachów masowych, do których doszło we Francji, Belgii i Anglii w latach 2014-2017. Powierzchownym jest tłumaczenie tych ataków przez pryzmat skuteczności lokalnych służb, która miałaby akurat w tych latach drastycznie zmaleć, aby potem „magicznie” się zwiększyć. Znacznie poważniejszym zaniedbaniem było zbyt późne rozpoczęcie operacji militarnej wymierzonej w Państwo Islamskie.

Prawda jest taka, że w momencie gdy organizacje terrorystyczne osiągną dostatecznie dużą skalę działalności, służby państw zachodnich nie mają odpowiednich zasobów, aby zapobiec wszystkim zamachom terrorystycznym. Ich skuteczność i profesjonalizm jest oczywiście jednym z czynników determinujących to, jak duży odsetek zamachów zostanie udaremniony.

Jednak umożliwienie IS zdobycia „bazy” terytorialnej i znacznych zasobów, utworzenie profesjonalnej komórki wywiadowczej w ramach organizacji, spora liczba powracających do Europy tzw. FTF (Forreign Terrorist Fighters) i znaczna grupa zradykalizowanych osób zamieszkujących Stary Kontynent, spowodowały że obranie przez Państwo Islamskie za cel krajów UE musiało skończyć się tragicznie.

Jak powinny wyglądać misje antyterrorystyczne?

Tzw. „wojna z terroryzmem” spopularyzowała zwłaszcza dwa rodzaje operacji militarnych – COIN (Counter-insurgency, operacje przeciwpowstańcze) i CT (Counter-terrorism, operacje antyterrorystyczne). Różnią się one od siebie przede wszystkim tym, że w pierwszym przypadku bojownicy cieszą się znaczącym poparciem społecznym, podczas gdy terroryści operują jako rozproszone jednostki lub grupy, które nie posiadają wsparcia ludności.

W teorii operacje CT powinny być dosyć proste. Stosuje się w nich podejście, które w amerykańskim żargonie wojskowym określane jest mianem F3EAD (find, fix, finish, exploit, analyze, disseminate). Proces ten polega na namierzeniu członków organizacji przy pomocy działań wywiadowczych, określeniu ich lokalizacji i schwytaniu lub zabiciu terrorystów. Zebrane na miejscu zdarzenia dane wywiadowcze (exploit) są następnie analizowanie (analyze) i dystrybuowane w celu stworzenia mapy wiedzy dotyczącej danej grupy (disseminate).

Problem w przypadku terroryzmu islamskiego polega na tym, że organizacje cieszą się z reguły poparciem społecznym. Wynika to z czynników, które zostały przez nas opisane na początku artykułu – trafiając w antyzachodnie sentymenty, czy głosząc potrzebę zmiany „skorumpowanych reżimów” przekaz terrorystów wpisuje się w realne odczucia społeczne.

Badanie przeprowadzone przez Arab Center for Research and Policy Studies wykazało np., że Państwo Islamskie cieszy się wśród ludności arabskiej poparciem oscylującym wokół 11%. Odsetek sympatyków Al-Kaidy jest większy – może na niektórych terenach przekraczać nawet 30%. Przekłada się to na dziesiątki milionów osób, które odczuwają pozytywny sentyment do jednej z tych dwóch grup.

W związku z tym, terroryści w krajach arabskich są z reguły częścią szerszego polityczno-militarnego konfliktu wewnętrznego. Operacje CT mają więc tendencję do przeradzania się w operacje COIN. Te z kolei są znacznie trudniejsze. Wymagają dużej ilości wojska, czasu i zastosowania rozwiązań postrzeganych jako drastyczne. Skala trudności wzrasta dodatkowo, gdy siły koalicyjnej traktowane są jak najeźdźcy, przeciwko którym buntuje się lokalne społeczeństwo.

Dlatego lepszym rozwiązaniem wydają się misje, które zawierają w sobie komponent militarny (złożony z sił specjalnych i innych jednostek przystosowanych do walki asymetrycznej), dyplomatyczny, wywiadowczy, a nawet biznesowy (inwestycje zagraniczne) i oparte są na współpracy z „lokalsami”. Powinny one mieć charakter nastawiony z jednej strony na szkolenie i wsparcie działań miejscowych sił bezpieczeństwa, a z drugiej na budowę skutecznej administracji i społeczeństwa obywatelskiego.

Siły zewnętrzne mogą przekazywać informacje dotycząca modus operandi terrorystów, jednak konkretne działania powinny być adaptowane do określonej specyfiki przez lokalne władze. Rolą wojska jest pozbawienie terrorystów zasobów, likwidacja lub aresztowanie przywódców, czy szkolenie i wsparcie sił bezpieczeństwa (na wzór US Army Special Forces). Działania militarne muszą być jednak podporządkowane strategii politycznej, aby uniknąć błędów popełnionych np. w Afganistanie.

Większą rolę niż dotychczas mają do odegrania dyplomacja, sektor NGOs i doradcy polityczni odpowiedzialni m.in. za budowę efektywnych struktur administracyjnych, czy należytą alokację pomocy rozwojowej. Istotne są również działania komunikacyjne, nastawione przede wszystkim na podważenie narracji propagandowych dżihadystów i podsycanie rywalizacji toczących się często wewnątrz organizacji terrorystycznych.

Co więcej, operacje antyterrorystyczne powinny rozpoczynać się w jak najwcześniejszej fazie walki partyzanckiej, kiedy to zwalczanie terrorystów przypomina w jak największym stopniu zadania CT, a nie COIN. Misje powinny mieć również charakter stały.

Czy to co napisaliśmy powyżej jest „magiczną receptą” na odnoszenie zwycięstw na Bliskim Wschodzie? Nie. Pozwala jednak zrozumieć, że ciężko jest oczekiwać jednoznacznego rozstrzygnięcia w walce z tak szerokim i złożonym zjawiskiem jakim jest terroryzm. Podobnie jak trudno był wygrać „wojnę z narkotykami”.

Dlatego ewaluacja wysiłków na rzecz zwalczania terroryzmu musi uwzględniać szerokie spektrum rozstrzygnięć zawierające się pomiędzy całkowitym zwycięstwem, a klęską. Czasem lepiej jest latami utrzymywać niewielki komponent militarno-polityczny w danym kraju nie oczekując przy tym „przełomu”, niż kompletnie się z niego wycofać.

Udział Wojska Polskiego w operacjach antyterrorystycznych

Udział w operacjach CT pozwoliłby zwiększyć zdolności Wojska Polskiego. Może to być niełatwe do zaakceptowania, ale aby zachowywać wysoki poziom sprawności, armia musi uczestniczyć w „boju”. Widać to chociażby po zmianach jakie zaszły w MON w wyniku partycypacji w misjach w Afganistanie i Iraku. A trzeba podkreślić, że główny ciężar walk, nawet w obrębie sił specjalnych był tam ponoszony przez Amerykanów i ew. Brytyjczyków.

Innym przykładem jest sytuacja kadrowa w polskich Wojskach Specjalnych, które to odgrywałyby istotną rolę w ewentualnych operacjach CT. W momencie gdy „kończą się misję” w jednostkach tych obserwujemy „rzucanie kwitem” na mniejszą, bądź większą skalę. Pozbawieni możliwości dodatkowego zarobku i „sprawdzenia się” żołnierze odchodzą, a życie w zespole bojowym zwalnia tempa.

Wojsko, które nie uczestniczy w misjach bojowych nie ma na dłuższą metę szans utrzymać swoich zdolności na wysokim poziomie. Jeśli chcemy być gotowi na zagrożenia „hybrydowe” (choć jest to termin nieco niefortunny) to misje CT są dobrym poligonem doświadczalnym do zwiększania zdolności RP w tym zakresie.

Jeśli dodatkowo, Polska posiadałaby zaplecze umożliwiające nie tylko funkcjonowanie jako trybik w machinie wojennej USA, a prowadzenie samodzielnych działań militarnych, rozpoznawczych, wywiadowczych, dyplomatycznych, politycznych i społecznych, oznaczałoby to znaczący krok na rzecz podniesienia sprawności całego sektora bezpieczeństwa.

Warunkiem udziału polskich żołnierzy w misjach antyterrorystycznych powinny być jednak konkretne ustępstwa w zakresie polityki bezpieczeństwa, czy transfer newralgicznych technologii. Jeśli państwa zachodnie nie uporają się z zaniedbaniami w zakresie CT (same lub przy pomocy sojuszników), to doprowadzą do tego, że kraje takie jak Afganistan prędzej czy później staną się źródłem regionalnej niestabilności i potencjalną „bazą” terytorialną dla terrorystów. Natomiast zagrożenie zamachami w Europie i USA będzie wzrastać.

Możecie z nami porozmawiać za pośrednictwem naszego profilu na twitterze lub poprzez maila: info@bezpieczenstwoistrategia.com. Zapiszcie się też na wysyłany przez nas co tydzień newsletter. Zawiera on informacje o nowych artykułach oraz ekskluzywne i prawdziwe anegdoty ze świata wojska i służb mundurowych

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back To Top