Dlaczego pierwszy etap rosyjskiej inwazji na Ukrainę zakończył się niepowodzeniem i jakie z tego płyną wnioski dla Polski? cz. 2/2

Interesy elit Kremla, osobiste przekonania W. Putina i dysfunkcjonalny proces decyzyjny doprowadziły do błędnego rozpoznania sytuacji na Ukrainie niedoszacowania ryzyka inwazji przez Rosjan. Skutkowało to przyjęciem złego planu ataku, którego realizacja została dodatkowo utrudniona poprzez przemyślaną politykę USA i braki armii rosyjskiej.

Wbrew powszechnym opiniom plan ten nie zakładał jednak „klasycznej” pełnoskalowej inwazji. Naszym zdaniem, Moskwa chciała w lutym 2022 r. powtórnie wykorzystać wypróbowaną w latach 2014-2015 koncepcję wojny błyskawicznej (zwanej również „hybrydową”), łączącą w sobie narzędzia militarne i pozamilitarne. Popełniła jednak przy tym serię błędów koncepcyjnych.

Przesądziły one o niepowodzeniu pierwszej fazy ofensywy, zakładającej zdobycie Kijowa i zmianę władzy na Ukrainie. Konsekwencją błędów, poczynionych w fazie planowania była niska efektywność bojowa rosyjskiej armii. Ciesząc się z jej porażek nie zapominajmy jednocześnie o tym, że malowanie trawy na zielono” jest niestety dobrze znane również w polskiej „mundurówce”.

Nieudane pierwsze uderzenie

Kreml chciał zastosować na Ukrainie koncepcję wojny błyskawicznej, postulowaną przez generała W. Slipczenkę. Kluczową rolę odgrywa w niej otwierające uderzenie dokonywane w szczególności przy pomocy broni precyzyjnego rażenia. Okazało się jednak, że armii rosyjskiej daleko jest do poziomu zaawansowania technologicznego prezentowanego np. przez wojsko USA.

Atak przeprowadzony w pierwszych godzinach wojny nie zdołała zadać Ukrainie na tyle dużych strat, aby znacząco osłabić jej potencjał militarny, a także ograniczyć możliwości dowodzenia i sparaliżować systemy komunikacji Kijowa. Rosjanie nie zdołali ponadto zniszczyć wystarczającej liczby lotnisk, samolotów, radarów i wyrzutni pocisków typu ziemia-powietrze.

Dokonywanie tego typu uderzeń nie jest bowiem sprawą prostą. Wymaga przede wszystkim zaawansowanych technologicznie zdolności w zakresie rozpoznania. Strona atakująca musi znać precyzyjną lokalizację celu w danym momencie, być w stanie dostarczyć do systemu uzbrojenia dane umożliwiające korekcję lotu pocisku, a na zakończenie ocenić skuteczność trafienia.

Jeszcze trudniejsza jest likwidacja przy pomocy broni precyzyjnej celów mobilnych i tych, które w momencie uderzenia pocisku znajdują się w ruchu, z czym problemy mają nawet Amerykanie. Z tego też względu Rosjanie nie zdołali zniszczyć m.in. większości ukraińskich zestawów przeciwlotniczych „Osa” i pocisków ziemia-powietrze typu „Buk”.

Zawiodły więc przede wszystkim rosyjskie systemy rozpoznawcze. Z kolei Ukraina wykazała się dobrym poziomem przygotowania na przyjęcie otwierającego uderzenia Rosjan. Zaplanowano i przećwiczono scenariusze ochrony kluczowych obiektów i sprzętu, np. w postaci maskowania, czy szybkiego przebazowania lotnictwa.

Początkowy atak Rosjan trwał ponadto zbyt krótko, zwłaszcza jeśli uwzględnić fakt braku osiągnięcia przez Moskwę założonych celów. Aby odnieść odpowiednie skutki ostrzał powinien mieć charakter masowych, znacznie intensywniejszych i wielokrotnie powtarzanych uderzeń broni precyzyjnej, z których każde byłoby połączone z atakami lotnictwa. Tak się jednak nie stało.

Wydaje się, że powodem tego jest to, że Kreml dysponuje po prostu bardzo ograniczoną ilością pocisków kierowanych. Dlatego właśnie zniszczone nie zostały m.in. ukraińskie systemy S-300. Pomimo całkiem niezłej skuteczności Rosjan w likwidacji tego typu uzbrojenia, nie udało im się unicestwić całości relatywnie szerokich zasobów przeciwnika w tym obszarze.

Podstawę arsenału broni precyzyjnej, będącego w dyspozycji Moskwy stanowią pociski Iskander (wystrzeliwane z wyrzutni naziemnych), Kalibr (odpalane z okrętów) i Kindżał (przenoszone przez lotnictwo). Każdego z nich siły zbrojne posiadają natomiast maksymalnie tylko kilkaset.

Słabe rozpoznanie i ograniczona liczba pocisków kierowanych wskazują zaś na to, że Rosja znajduje się dopiero na wczesnym etapie wdrażania i użytkowania systemów broni precyzyjnej.

Inwestycje w tego rodzaju uzbrojenie postulował co prawda już w połowie lat 80-tych znakomity sowiecki strateg Marszałek N. Ogarkow. Jednak rozpad Związku Radzieckiego, trudności ekonomiczne Rosji i ogólne zacofanie tamtejszej armii, przyczyniły się do tego, że w rozwój broni precyzyjnej zaczęto na poważnie inwestować dopiero ok. 2010 r.

Teoretycznie lukę w ilości i jakości tego rodzaju uzbrojenia można było wypełnić poprzez wykorzystanie podczas inwazji na Ukrainę pocisków niekierowanych. W początkowym etapie wojny, W. Putin nakazał jednak ograniczyć straty w ludności cywilnej, które byłyby nieuniknione w przypadku wykorzystania „głupich” bomb.

Wspomniana decyzja rosyjskiego prezydenta była z kolei podyktowana planami dokonania zmian władz centralnych w Kijowie. Następnie, zamierzano obsadzić politykami prorosyjskimi również administracje obwodowe we wschodnich regionach Ukrainy. Liczono przy tym na niewielki opór ze strony tamtejszego społeczeństwa. Nie chciano więc doprowadzić do jego alienacji.

Wojna błyskawiczna zakłada ponadto intensywne starcia w obszarze walki elektronicznej i zadanie przeciwnikowi dotkliwych ciosów w cyberprzestrzeni. Początkowe rosyjskie działania w tym zakresie okazały się jednak mniej skuteczne od przewidywań. Było to prawdopodobnie spowodowane pomocą, jakiej udzieliły Ukrainie Stany Zjednoczone.

Wymienione wyżej czynniki przyczyniły się do tego, że pierwsze uderzenie Rosjan zakończyło się niepowodzeniem. To z kolei postawiło całą koncepcję szybkiego opanowania Kijowa pod znakiem zapytania. Agresor nie uzyskał też dominacji w powietrzu, co znacząco utrudniło mu prowadzenie nalotów i operacji powietrznodesantowych, a także skomplikowało ofensywę lądową.

Słabość rosyjskiego lotnictwa

Na intensywność pierwszego uderzenia Moskwy, a także przebieg początkowego okresu wojny wpływ miała też znacznie mniejsza od oczekiwań aktywność rosyjskiego lotnictwa. Co ciekawe, nie zdecydowano się na jego użycie w celu zniszczenia ukraińskiej obrony przeciwlotniczej i pozostałej części samolotów pozostających do dyspozycji Kijowa.

Wiązałoby się to oczywiście z poniesieniem znaczących strat własnych, ale pozwoliłoby uzyskać Rosji dominację w powietrzu, nawet w obliczu fiaska uderzenia otwierającego. W momencie, w którym grupa samolotów operujących nad Ukrainą zostałaby wykryta, strącenie jednego z nich, np. przez system S-300 wiązałoby się bowiem z jednoczesnym ujawnieniem jego pozycji.

Stanowisko obrony przeciwlotniczej mogłoby zostać wtedy zlikwidowane przez pozostałe rosyjskie maszyny. W początkowym okresie inwazji, mieliśmy jednak do czynienia z czymś zupełnie odwrotnym. Moskwa używała lotnictwa w ograniczonym stopniu, a jeśli już się na to decydowała, to podejmowała proste operacje wykorzystujące z reguły jedną lub dwie maszyny.

Zwłaszcza na północy Ukrainy, często padały one ofiarami systemów S-300, czy pocisków typu „Buk”. Kiedy rosyjscy piloci próbowali temu zapobiec latając na mniejszych wysokościach, ich samoloty narażone były z kolei na ataki ze strony przenośnych zestawów rakietowych (np. Stingery i Pioruny).

Skłania to do postawienia tezy o tym, że rosyjskie lotnictwo nie jest po prostu przygotowane na prowadzenie złożonych operacji powietrznych, które mogłyby wesprzeć uderzenia broni precyzyjnej, postępującą ofensywę lądową, czy zagwarantować eliminację ukraińskiej obrony powietrznej.

Wbrew pozorom nie jest to takie proste. Operowanie grupy samolotów składającej się z dziesiątek maszyn różnego typu w miejscach, gdzie funkcjonują zarówno własne systemy przeciwlotnicze, jak i te należące do przeciwnika, przy zmiennych warunkach pogodowych, oraz możliwości napotkania nieprzyjaciela w powietrzu wymaga od zaangażowanego personelu lotniczego dużych umiejętności.

W porównaniu z takimi krajami jak USA i UK, Rosyjscy piloci cierpią zaś na ograniczone doświadczenie bojowe, słabe warunki szkoleniowe i niewystarczającą liczbę godzin nalotu. Ich scenariusze ćwiczeń przewidują ponadto realizację mało skomplikowanych zadań.

Skutkiem nieprzygotowania Moskwy do wykonywania złożonych operacji w powietrzu była relatywnie niewielka rola jaką odegrało lotnictwo podczas pierwszego etapu inwazji Rosjan. W dalszej części wojny uniemożliwiło to również uzyskanie przez nich dominacji w powietrzu i pozbawiło nacierające wojska lądowe odpowiedniego wsparcia ze strony lotnictwa.

Moskwa poniosła przy tym znaczne straty wśród samolotów i śmigłowców, zwłaszcza w okolicach Kijowa, uzyskując przy tym jedynie bardzo ograniczone korzyści. Tam, gdzie wojska rosyjskie mogły zaś liczyć na większe wsparcie lotnictwa (rejon Donbasu) lub marynarki (południe Ukrainy) ich ofensywa przebiegała sprawniej.

Klęska wojny „hybrydowej”

Analizując inwazję na Ukrainę warto pamiętać o tym, że rosyjska koncepcja wojny błyskawicznej różni się nieco od tego, jak rozumiana jest ta idea w USA. Stratedzy w Waszyngtonie stawiają na zadanie przeciwnikowi ogromnych strat za pomocą środków wyłącznie militarnych. Moskwa stara się natomiast łączyć je z działaniami pozamilitarnymi w celu odniesienia szybkiego zwycięstwa.

Tak było w latach 2014-2015 na Krymie i w Donbasie. O ile pierwsza z wymienionych operacji zakończyła się ogromnym sukcesem, o tyle w drugim przypadku Rosji udało się osiągnąć jedynie część z założonych celów. Wynikało to z tego, że mieszkańcy i władze wschodnich obwodów Ukrainy opowiedzieli się po stronie Kijowa, a działania sabotażowe Moskwy zakończyły się klęską.

Wyjątek stanowiła część obszarów wokół Doniecka i Ługańska, gdzie zwyciężyli wspomagani przez Kreml separatyści. Okazało się więc, że istnieje granica oddziaływania rosyjskich służb specjalnych i prowadzonych przez nie operacji wpływu. Osobiste przekonania W. Putina sprawiły jednak, że nie wyciągnął on właściwych wniosków z ówczesnej porażki projektu „Noworosji”.

W tym roku Kreml ponownie zdecydował się więc na próbę „wyzwolenia” mieszkańców wschodniej Ukrainy. Rosyjski prezydent uważa bowiem, że wraz z Rosjanami stanowią oni jeden naród, który powinien zostać zjednoczony pod przywództwem Moskwy. Jest to kolejna odsłona toczącej się od stuleci rywalizacji o prymat na terenie ziem dawnej Rusi.

Innymi słowy, w lutym 2022 r., Rosja chciała powtórzyć operację, którą przeprowadziła już kilka lat wcześniej w Donbasie i na Krymie. Nie miała być to „klasyczna” pełnoskalowa inwazja, a szybka operacja zmierzająca do zajęcia Kijowa przy pomocy środków militarnych i pozamilitarnych. Kluczową rolę miały w niej odegrać więc służby specjalne.

Niepowodzenie operacji służb specjalnych

Nieudane pierwsze uderzenie znacznie skomplikowało plany Kremla dotyczące zajęcia bądź zniszczenia strategicznych instalacji rządowych i militarnych na terenie Kijowa. Pokazała to m.in. przegrana bitwa o lotnisko Hostomel, znajdujące się na przedmieściach stolicy Ukrainy. Rosyjskie siły powietrznodesantowe przypuściły szturm na wspomniany obiekt w pierwszym dniu wojny.

Jego opanowanie miało umożliwić wysadzenie jednostek uderzeniowych, przeznaczonych do ataku na Kijów i znajdujących się na pokładzie samolotów transportowych nadlatujących z terytorium Rosji. W obliczu bardziej zaciętego od przewidywań oporu ze strony armii ukraińskiej i niewystarczającej siły ostrzału poprzedzającego desant, Rosja nie zdołała jednak zająć lotniska.

Utrudniło to szturm ukraińskiej stolicy. Siły powietrznodesantowe nie zdołały ponadto nawiązać kontaktu ze współpracownikami rosyjskich służb specjalnych, operującymi w rejonie Kijowa. Wyselekcjonowani wcześniej członkowie lokalnego establishmentu mieli zaś pomóc Rosjanom w zajęciu strategicznych obiektów i przejęciu władzy w mieście.

Następnie, zamierzano zapewne ustanowić marionetkowy, prorosyjski rząd. Plan zakładał też likwidację lub aresztowanie kluczowych członków kijowskich elit. Pomóc w osiągnięciu tego celu mieli przerzucani od miesięcy na Ukrainę operatorzy rosyjskich sił specjalnych i prywatnych firm wojskowych, które otrzymały zadanie prowadzenia akcji sabotażowych i dywersyjnych.

Liczono, że po upadku stolicy, reszta władz wschodnich okręgów Ukrainy również zdecyduje się na kapitulację. Po przeprowadzeniu „czystek” również tam zamierzano zainstalować przychylne Kremlowi władze. Obecne wydarzenia w Chersoniu, gdzie planowane jest utworzenia kolejnej prorosyjskiej „republiki” potwierdzają istnienie zarysowanego przez nas planu politycznego.

Działania rosyjskiego wywiadu (SWR i GRU), a także służby bezpieczeństwa (FSB) zostały jednak wcześniej rozpracowane przez służby ukraińskie, wspomagane przez wywiady USA i UK. Politycy, żołnierze i funkcjonariusze podejrzewani o współpracę z wrogiem byli stopniowo i „po cichu” odizolowywani od dostępu do kluczowych informacji i wpływu na podejmowanie decyzji.

Tuż po wybuchu wojny, ukraińskie służby rozpoczęły zaś wcielanie w życie opracowanego wcześniej planu izolacji lub likwidacji kluczowych rosyjskich aktyw osobowych. To właśnie w tym kontekście należy rozpatrywać pojawiające się informacje o śmierci funkcjonariuszy ukraińskiego aparatu bezpieczeństwa, czy zawieszeniu działalności prorosyjskich partii.

Ciężko będzie poznać faktyczną skalę tego typu przedsięwzięć, gdyż ze zrozumiałych względów Ukraina stara się ukryć rozwiązania, które mogłyby zostać uznane za „kontrowersyjne”. Pewnym jest jednak to, że tamtejsze elity są stopniowo „czyszczone” z rosyjskich aktywów. Główne cele działań dywersyjnych Kremla w pierwszym okresie inwazji nie zostały zaś osiągnięte.

Istotną rolę odegrało przy tym, dokonane w ostatnich latach, ograniczenie wpływów Moskwy w ukraińskich służbach. Dzięki temu, podczas obecnego konfliktu wykazały się one znacznie większą skutecznością niż miało to miejsce kilka lat wcześniej. Co prawda Moskwa nadal prowadzi operacje wymierzone np. w osoby zaangażowane w organizowanie pomocy dla Ukrainy. Ich skala jest jednak ograniczona.

Skutki niepowodzenia wojny błyskawicznej

Nieudane pierwsze uderzenie i porażka rosyjskich działań „hybrydowych” doprowadziły do sytuacji, w której to wojska lądowe musiały wziąć na siebie główny ciężar zdobycia Kijowa. Stało się tak pomimo tego, że w początkowych planach inwazji miały one odgrywać jedynie rolę pomocniczą. Armia nie była więc przygotowana do prowadzenia „klasycznej” ofensywy.

Kreml posłał do boju wojsko, którego liczebność i struktura były niewystarczające do „złamania” przeciwnika przy pomocy typowego natarcia polegającego na zajęciu i utrzymaniu terenu. Kreml przecenił ponadto rolę czynników pozamilitarnych nie doceniając przy tym innej zmiennej, która decyduje o powodzeniu koncepcji wojny błyskawicznej.

Jest nią możliwość zastosowania wiarygodnej groźby przeprowadzenia dewastującego uderzenia i ofensywy lądowej. Taki szantaż ma na celu złamanie woli walki przeciwnika, zanim jeszcze przystąpi on do boju. Ukraina zaś od początku nie dowierzała w możliwość rozpoczęcia przez Rosję pełnoskalowej ofensywy i okupacji jej terytorium.

Wynikało to właśnie z panującej w Kijowie świadomości dotyczącej tego, że armia zgromadzona przez Moskwę w lutym 2022 r. nie posiadała wystarczających sił do przeprowadzenia skutecznej ofensywy militarnej zmierzającej do zajęcia całego obszaru wschodniej Ukrainy. Jej władze nie zamierzały więc kapitulować.

Państwo ukraińskie okazało się przy tym znacznie silniejsze niż przewidywał Kreml, przez co Moskwa została zmuszona do wdrożenia „planu B”. Wiele osób wyrażało przy tym ogromne zdziwienie sposobem, w jaki walczyła armia rosyjska w pierwszym okresie inwazji. Nie biorą oni jednak pod uwagę tego, że jej dowództwo nie planowało prowadzenia „klasycznej” wojny.

Btw: my również spodziewaliśmy się rosyjskiego ataku jedynie w rejonie Donbasu i ewent. Krymu, a nie przeprowadzenia natarcia na Kijów. Ocenialiśmy ten wariant tylko i wyłącznie pod kątem możliwości jego realizacji przy pomocy środków czysto militarnych. Z punktu widzenia celów politycznych, które nakreślił wcześniej W. Putin próba ataku na stolicę nie była jednak irracjonalna.

Problemy związane z nieprzygotowaniem Rosjan do „klasycznej” ofensywy lądowej

Pojawiająca się często w mediach narracja o „nieracjonalności” W. Putina i rozpoczęciu przez niego „pełnoskalowej wojny w Europie” odwraca więc uwagę od tego, jakie były pierwotne założenia Kremla. W związku z tym, nie należy oceniać zdolności militarnych Moskwy jedynie poprzez pryzmat ofensywy w rejonie Kijowa, Czernichowa i Sum.

Spójrzmy przykładowo na kwestię „słynnego” ostrzeliwania przez siły ukraińskie konwojów zaopatrzeniowych wroga, które przypominać miało „strzelanie do kaczek”. Naszym zdaniem nie było to wynikiem skrajnej niekompetencji rosyjskiej armii, która podążała „ślepo” na śmierć, lecz rażących błędów w planowaniu operacji.

Rozkazy nakazywały bowiem nacierającym żołnierzom jak najszybsze pokonywanie terenu w celu błyskawicznego dotarcia do Kijowa. Dane z rozpoznania wskazywały natomiast na to, że przeciwnik może stawiać zdecydowany opór jedynie w zachodniej części Ukrainy. Moskwie nie sprzyjała przy tym pogoda, powodująca grzęźniecie ciężkiego sprzętu w „miękkim” gruncie.

Zmuszało to jej wojska do poruszania się po drogach, a przyjęty charakter inwazji i struktura zaangażowanych w nią jednostek uniemożliwiły początkowo prawidłowe zabezpieczenie transportów. Stanowiły one więc łatwy cel dla wspomaganych przez amerykańskie systemy rozpoznawcze Ukraińców.

Niemniej jednak, armia Kremla zrealizowała postawiony przed nią cel – tempo natarcia było bardzo wysokie, co umożliwiło jej szybkie przedostanie się na przedmieścia Kijowa. Wobec klęski innych elementów rosyjskiego planu, siły zbrojne zmuszone były jednak do przejścia do wojny pozycyjnej i podjęcia próby „klasycznego” oblężenia miasta.

Nic więc dziwnego, że armia przygotowana do operacji „hybrydowej” nie sprawdziła się w tej roli. Pamiętajcie o tym, że Rosja próbowała w stolicy Ukrainy zrobić „Krym-bis”. Dlatego błędem było zarówno twierdzenie w 2014 r., że Rosjanie są tak „genialni”, że uda im się zająć Warszawę przy pomocy „zielonych ludzików”, jak i obecne głosy mówiące o tym, że ich armia to „kupa gówna”.

Co więcej, wojna błyskawiczna wymaga elementu zaskoczenia, który to zadziałał na korzyść Rosji podczas jej ataku na Krym. Natomiast „rozszyfrowanie” obecnych planów Moskwy przez USA sprawiło, że tym razem czynnik ten sprzyjał Ukrainie. Profesjonalne wojsko jest bowiem w stanie praktycznie „z dnia na dzień” przeprowadzić operację w stylu tej z 2014 r.

Jeśli jednak dowódcy planują wysłać żołnierzy w wielomiesięczne, ciężkie boje o każdy metr ziemi to należy ich do tego przygotować pod względem mentalnym, sprzętowym i ilościowym. Rosyjscy wojskowi zostali więc zaskoczeni sytuacją i znaleźli się w samym środku ofensywy toczonej przeciwko liczniejszej i bardzo zmotywowanej armii ukraińskiej.

Posiadała ona ponadto znaczne wsparcie szkoleniowe i sprzętowe ze strony NATO. Skutkiem tego były problemy z morale rosyjskich żołnierzy. Nieprzygotowanie Moskwy do prowadzenia „klasycznej” ofensywy lądowej sprawiło, że jej inwazja utknęła w martwym punkcie i pozostało jej jedynie nękanie przedmieść Kijowa za pomocą ostrzału.

Po upływie około miesiąca, Kreml uznał jednak swoją porażkę w rejonie północnej Ukrainy i zdecydował się dokonać odwrotu z tego obszaru. Obecnym planem W. Putina zdaje się być natomiast „klasyczna” ofensywa mającej na celu zdobycie jak największej ilości terenów wschodniej Ukrainy i realizacja celów politycznych w ramach negocjacji z Ukrainą.

Jakie wnioski dla bezpieczeństwa RP płyną z pierwszej fazy rosyjskiej inwazji?

Z analitycznego punktu widzenia nazywanie W. Putina „wariatem” jest naszym zdaniem bez sensu. Z perspektywy rosyjskiego prezydenta, W. Zełenski okazał się bowiem jeszcze „gorszym” partnerem negocjacyjnym niż P. Poroszenko. Rosja i Ukraina nie były w stanie wypracować w ostatnich latach traktatu pokojowego na odpowiadających obu stronom warunkach.

W związku z tym, W. Putin zdecydował się na próbę zmiany ukraińskich władz, która zakończyła się niepowodzeniem. Potwierdziło to zapewne obawy Moskwy dotyczącego tego, że czas gra na jej niekorzyść, gdyż wspierany przez NATO Kijów staje się coraz groźniejszym przeciwnikiem. Dlatego nie należy spodziewać się, że Kreml zrezygnuje z realizacji swoich celów politycznych.

Nie udało mu się tego dokonać w ramach rozmów dyplomatycznych, a następnie wojny błyskawicznej. Nadchodzi więc czas rozstrzygnięcia konfliktu na gruncie „klasycznej” wojny. Na terenach, które zdoła zająć rosyjska armia będą zaś tworzone uzależnione od Moskwy quasi „republiki”.

Oznacza to, że założenie będące jednym z fundamentów polityki wschodniej RP, czyli dążenie do istnienia możliwie niezależnych państw oddzielających Polskę od Rosji topnieje na naszych oczach. Po Białorusi, przyszedł czas na Ukrainę, której nadal grozi przynajmniej utrata części jej terytorium i status państwa „neutralnego”.

Błędem jest więc myślenie w stylu: „ufff, najgorsze już za nami”. Nie, determinacja Moskwy do podporządkowania sobie Kijowa na wzór Mińska jest ogromna. Tymczasem polski sektor bezpieczeństwa już teraz wykazuje oznaki tego, co stało się po okresie gorącej wojny w latach 2014-2015. W skrócie: „ok, największy pożar został ugaszony, więc zapominamy o problemie.”

Zobaczmy jednak jak postępują „poważne” państwa w stylu USA. Elitom w Waszyngtonie również zdarza się popełniać błędy. W wymiarze strategicznym starają się one jednak wyciągać z nich wnioski. W przeciwieństwie do Polski, po 2014 r. amerykańskie służby, armia i dyplomacja systematycznie zwiększały wsparcie dla Ukrainy.

W krytycznym momencie, do którego doszło na przełomie 2021 i 2022 r. Stany Zjednoczone zachowały się ponadto zupełnie inaczej niż kilka lat wcześniej. Czujność służb wywiadowczych, pomoc militarna i ofensywa dyplomatyczna przyczyniły się do tego, że rosyjska koncepcja wojny błyskawicznej nie zadziałała obecnie z taką skutecznością jak w 2014r.

Wtedy mówiło się o klęsce NATO i podważeniu wiarygodności USA jako gwaranta bezpieczeństwa, teraz zaś dominują głosy podkreślające solidarność wszystkich członków sojuszu w obliczu zagrożenia ze strony Rosji. Polityka prowadzona przez Stany Zjednoczone przyniosła więc namacalne korzyści dla interesów tego kraju.

Za to polski sektor bezpieczeństwa niezmiennie zachowuje się w ten sam sposób. Wywiad działa prawdopodobnie na poziomie niższym od swojego odpowiednika na Ukrainie. Niebawem może się też okazać, że pomoc militarna Warszawy miała dla Kijowa mniejsze znaczenie niż ta udzielona mu przez Bratysławę.

Zamiast typowego dla polityki RP i obliczonego na potrzeby wewnętrznego PR „gadania” o przekazaniu MiG-ów, Słowacja najpierw dostarczyła na Ukrainę system S-300, a dopiero potem się tym „pochwaliła”. Aktywność naszej dyplomacji jest więc podyktowana raczej rozgrywkami partyjnymi i naciskami ze strony USA, niż posiadaniem własnej wizji polityki wschodniej.

Myślicie też, że tylko w Rosji panuje dysfunkcjonalny proces decyzyjny, w ramach którego służby i armia starają się przedstawiać rzeczywistość w sposób zgodny z oczekiwaniami polityków? To popytajcie kolegów pracujących w służbach, w jaki sposób piszą raporty, a żołnierzy o to, co się dzieje przed wizytą w jednostce jakiegokolwiek polityka lub wysokiego rangą oficera.

Ps: kilka dni temu w 1 Warszawskiej Brygadzie Pancernej, wchodzącej w skład mającej bronić wschodniej flanki RP, 18 Dywizji Zmechanizowanej „rzuciło kwitem” ok. 150 osób. Możliwe więc, że jeden z batalionów czołgów stracił gotowość bojową. To co, przestaniemy „malować trawę na zielono” i zamiast mówić o 300 tys. armii zaczniemy od budowy fundamentów?

Możecie z nami porozmawiać za pośrednictwem:

Zapiszcie się też na wysyłany przez nas co tydzień newsletter. Zawiera on komentarz do wydarzeń bieżących oraz ekskluzywne i prawdziwe anegdoty ze świata wojska i służb mundurowych.

0 0 votes
Article Rating
Subscribe
Powiadom o
guest
10 komentarzy
najnowszy
najstarszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
PROWashing.pl
5 miesięcy temu

Nie to żebym ja dokuczał, ale prezydent Zełeński powinien czasem prać swoją khaki koszulkę i khaki polarek, bo przecież jest prezydentem poważnego narodu i nie powinien chodzić w przepoconych ciuchach. MiGi będą z Bułgarii i Słowacji, z Polską jest jeden problem, Bułgaria i Słowacja przekazują je bezinteresownie, a Polska chce zamienić 30-letni szrot, na F-16, a wersji C i D w tym wieku w obiegu nie ma, wersje A i B w tym wieku to taki sam szrot, a przecież prezes Kaczyński rozdaje karty i jest poważny.

OI
OI
5 miesięcy temu

A to nie jest tak, że o przekazaniu MIG-ów pierwszy powiedział Josep Borrell (Wysoki przedstawiciel Unii do spraw zagranicznych i polityki bezpieczeństwa) i w ten sposób sprawa została spalona?

Vincent Falcone
Vincent Falcone
5 miesięcy temu

Świetny tekst! Szkoda, że wnioski co do sytuacji w Kraju są tak niepokojące. Niestety, jak znam życie nic się nie zmieni. Rosjanie będą dalej nas gnębić, zachód będzie czerpał korzyści z odbudowującej się Ukrainy a Rzeczpospolita, wyląduje krzycząc, że znowu nas wystawiono do wiatru.
Super ważny wniosek – neutralna Ukraina, nie będzie naszym buforem i w niczym nam nie pomoże w razie “W”.

Daniel S
Daniel S
5 miesięcy temu

Bardzo dobry artykuł.

Back To Top