Dlaczego na Morzu Czarnym dochodzi do napięć? Sytuacja bezpieczeństwa w regionie i projekt Trójmorza.

Napięcia na Morzu Czarnym

W 2018 roku Dmitry Gorenburg w artykule sygnalizującym wzrost znaczenia regionu Morza Czarnego stwierdził: „10 lat temu Morze Czarne było stawiane jako modelowy przykład współpracy marynarek wojennych krajów, które jeszcze do niedawna ze sobą rywalizowały. Wspólne przedsięwzięcia takie jak BlackSeaFor i Black Sea Harmony, a także regularny udział Rosjan w operacji Active Endeavour, dawały nadzieję na przyszłość, w której wszystkie państwa leżące na wybrzeżach Morza Czarnego pracują wspólnie na rzecz osiągnięcia regionalnego bezpieczeństwa i zwalczania zagrożeń, takich jak przemyt.”

Ta wizja to jednak przeszłość. W obecnym okresie kształtowania się nowej architektury bezpieczeństwa światowego, Morze Czarne stało się obszarem rywalizacji geopolitycznej. Dlatego okresowo dochodzi tam do eskalacji istniejących napięć strukturalnych. Mogliśmy to obserwować m.in. w ostatnim czasie, kiedy to Rosja ogłosiła częściową blokadę Cieśniny Kerczeńskiej i ograniczyła swobodę żeglugi na niektórych obszarach Morza Czarnego.

Wspomniany akwen jest ponadto interesującym obszarem z punktu widzenia RP, ponieważ jest jednym z trzech mórz, do których nawiązuje inicjatywa „Trójmorza”. W jej skład weszły dwa państwa regionu – Rumunia i Bułgaria. W interesie Polski było również włączenie do wymienionej koncepcji współpracy innych krajów położonych nad Morzem Czarnym – Ukrainy i Gruzji. Dlaczego tak się nie stało? Przyczyna leży częściowo w obecnym układzie sił w regionie. Amerykanie już teraz nie są w stanie zapewnić tam bezpieczeństwa. Dlatego też nie chcieli, aby w formacie któremu patronują uczestniczyły niestabilne państwa, które są przedmiotem gry z Moskwą. Zwiększenie zobowiązań Waszyngtonu względem Kijowa ograniczyłoby elastyczność w relacjach z Kremlem.

Na podobnej zasadzie USA nie chce utworzenia regionalnego sojuszu Stanów Zjednoczonych, Rumunii, Ukrainy i Gruzji, zdolnego do balansowania wpływów Rosji nad Morzem Czarnym, pomimo iż państwa te bardzo pragnęłyby takiego rozwiązania. Wykluczenie z „Trójmorza” Kijowa i w mniejszym stopniu Tbilisi, zredukowało w związku z tym potencjalną rolę geopolityczną inicjatywy. Podkreślają to zresztą sami twórcy pomysłu, przekonując o tym, że sojusz krajów położonych pomiędzy trzema morzami ma za zadanie jedynie pogłębienie współpracy państw członkowskich w ramach UE oraz poprawę infrastruktury transportowej, energetycznej oraz cyfrowej.

Inną fundamentalną wadą projektu „Trójmorza” jest brak środków finansowych. Obecnie zgromadzono w powiązanym z nim funduszu jedynie ok. 800 mln EUR (docelowa wartość określana jest na 3-5 mld EUR). Jednak sam koszt polskiego odcinka Via Carpatia (trasy łączącej litewski port w Kłajpedzie z Morzem Czarnym), która jest flagowym projektem realizowanym w ramach „Trójmorza” to 27 mld PLN. Przykładami kolejnych inwestycji, które miały być rozwijane pod egidą wspomnianej inicjatywy są rozbudowa terminala LNG w Świnoujściu oraz budowa terminala LNG na chorwackiej wyspie Krk. Pierwszy z projektów i tak byłby realizowany, a drugi został właśnie oddany do użytku bez wsparcia finansowego ze strony „Trójmorza”.

Rodzi to zatem pytanie, czy na pewno potrzebujemy tak ogromnego (przynajmniej w teorii) projektu do realizacji celów, które i tak byłyby realizowane, a ich koordynację można osiągnąć w ramach relacji bilateralnych, czy też na poziomie UE? Jeśli „Trójmorze” nie wpływa ani na rozwój przez RP wpływów w państwach członkowskich, ani nie zapewnia dodatkowych środków inwestycyjnych to jaka jest jego rola?

Dziwią ponadto otwarte deklaracje, że fundusz „Trójmorza” ma przynosić inwestorom zyski według tradycyjnych zasad rządzących rynkiem. Obecnie jednak normą jest, że stosowanie przez państwa narzędzi geoekonomicznych, takich jak fundusze inwestycyjne ma uwzględniać kalkulacje nie tylko rynkowe, lecz przede wszystkim geopolityczne.

Poniższa analiza sytuacji w regionie Morza Czarnego oraz opisany przykład inwestycji w port w Anaklii pokazuje, że Polsce ciężko będzie realizować tam projekty geoekonomiczne (nie wspominając o geopolitycznych) bez drastycznej rozbudowy następujących narzędzi:

  • Instrumenty wsparcia ekonomicznego (pożyczki, fundusze inwestycyjne, fundusze pomocowe, inwestycje spółek skarbu państwa).
  • Armia zdolna do dokonywania projekcji siły i ochrony interesów ekonomicznych.
  • Wpływy oraz rozpoznanie wśród lokalnych elit politycznych i biznesowych (rola MSZ-tu i Wywiadu).
  • Znaczna ilość kapitału (wymaga zmian w polityce fiskalnej państwa).
  • Odpowiednia polityka handlowa (wymaga przeorientowania naszej polityki zagranicznej na kraje Europy Środkowowschodniej).
  • Umiejętność rozgrywania interesów mocarstw (wykorzystywanie relacji z USA i Chinami do osiągnięcia własnych celów).

Z czego wynika znaczenie Morza Czarnego?

Morze Czarne to specyficzny region. Trzy z sześciu krajów leżących na jego wybrzeżach należą do NATO (Rumunia, Bułgaria i Turcja), a dwa kolejne (Ukraina i Gruzja) chciałyby się tam znaleźć. Jednak karty rozdaje tak naprawdę szósty gracz – Rosja. Wykorzystuje ona sytuację międzynarodową i wypełnia próżnię bezpieczeństwa powstałą wraz z końcem okresu unilateralnego przywództwa światowego USA. Punktem zwrotnym w tym zakresie była wojna rosyjsko-gruzińska w 2008 roku. Nastąpił po niej znaczy wzrost pozycji Moskwy, która utworzyła m.in. bazy wojskowe w rejonie Kaukazu, zajęła Abchazję, następnie Krym, a także dokonała blokady Morza Azowskiego w 2018 r. Pokazuje to, że obszar Morza Czarnego jest punktem styku, na którym testowane są wpływy poszczególnych państw, starających się zająć jak najkorzystniejsze miejsce w wyścigu o kształt nowej architektury bezpieczeństwa. Rola USA jako jej dotychczasowego gwaranta straciła na wiarygodności, a ekspansja NATO została zatrzymana. Nowe „rozdanie” wygrywa póki co Rosja.

Ujawnione w ostatnich latach napięcia w regionie Morza Czarnego wynikają z wielowymiarowego znaczenia wspomnianego akwenu. Można je podzielić na kilka obszarów:

  • Bezpieczeństwo wojskowe krajów regionu, które jest zagrożone przez rosnącą asertywność Rosji i malejące wpływy NATO.
  • Rywalizacja mocarstw destabilizująca regiony, które znajdują się tak jak Morze Czarne na obszarze styku wpływów głównych graczy.
  • Rywalizacja o kontrolę nad surowcami energetycznymi znajdującymi się na obszarze Morza Czarnego. Jest to punkt styku szlaków tranzytowych oraz obszar posiadający bardzo duże zapasy praktycznie nietkniętych do tej pory surowców energetycznych. Szerzej poruszymy ten temat w oddzielnym tekście.

Bezpieczeństwo wojskowe krajów regionu Morza Czarnego

Pierwszym z problemów warunkujących napięcia w regionie Morza Czarnego jest to, że pełni ono istotną rolę w kształtowaniu percepcji zagrożenia wojskowego poszczególnych państw regionu.

Stratedzy w Moskwie postrzegają wspomniany akwen jako strefę buforową, która musi znajdować się pod jej wyłączną kontrolą. Inaczej żywotne interesy oraz bezpieczeństwo państwa są zagrożone. Z Morza Czarnego można dokonać bezpośredniego desantu w głąb Rosji, a obecność NATO jest postrzegana jako olbrzymie zagrożenie dla jej południowo-zachodniej flanki. Ponadto, odwiecznym lękiem Kremla jest potencjalne okrążenie kraju przez Zachód. Oznacza to, że wszelki wzrost wpływów Sojuszu Północnoatlantyckiego i innych alternatywnych projektów wojskowych na obrzeżach Federacji Rosyjskiej musi być zdecydowanie zwalczany. To, co w Kijowie i Tbilisi jest często odbierane jako przejaw agresji Moskwy, dla niej samej może być jedynie niezbędnym środkiem obrony prewencyjnej.

Z drugiej strony odbudowa rosyjskich wpływów w basenie Morza Czarnego jest często równoznaczna z zagrożeniem bezpieczeństwa Ukrainy. Po aneksji Krymu Morze Azowskie stało się niemalże wewnętrznym rosyjskim jeziorem, a Kijów zachował dostęp jedynie do ok. 350 km własnego wybrzeża. Nie jest jednak w stanie obronić ani pozostałej mu linii brzegowej, ani morskich szlaków komunikacyjnych prowadzących do rodzimych portów. Dobitnie ukazał to incydent związany z przejęciem przez Rosję ukraińskich statków oraz zablokowanie Cieśniny Kerczeńskiej tankowcem. Były one przejawami rosnącego rosyjskiego nawalizmu i militaryzacji regionu, któremu Ukraina nie jest w stanie samodzielnie się przeciwstawić.

O własne bezpieczeństwo wojskowe obawia się również Gruzja, której celem strategicznym jest polityczna i ekonomiczna integracja z Zachodem. W obecnym czasie nie ma na to jednak szans, pomimo że władze tego kraju zapowiadają chęć złożenia formalnej aplikacji o członkostwo w UE w 2024 roku. W ostatnich latach Tbilisi postawiło na bardziej koncyliacyjną politykę względem Moskwy. Nie ułatwiło to jednak uregulowania kwestii integralności terytorialnej Gruzji, której 20% terytorium nadal znajduje się pod rosyjską okupacją. Moskwa stara się ponadto metodą małych kroków wchłonąć swoje zdobycze terytorialne i utrudnić swobodę przemieszczania się pomiędzy Gruzją, a Osetią Południową i Abchazją.

Zasadniczy wpływ na bezpieczeństwo wojskowe regionu ma także Turcja kontrolująca cieśniny Bosfor i Dardanelle. Zostało to potwierdzone na mocy Konwencji z Montreux, podpisanej 20 lipca 1936 roku. Mówi ona o tym, że kraje, które nie są położone nad Morzem Czarnym, a chciałyby wysłać tam okręt muszą:

  • Powiadomić o tym fakcie Turcję z ośmiodniowym wyprzedzeniem.
  • Dopilnować, aby wyporność okrętu nie przekraczała 10 tys. ton.
  • Przestrzegać dopuszczalnej łącznej wyporności wszystkich okrętów przebywających na Morzu Czarnym, a wynoszącej 30 tys. ton (w specjalnych przypadkach 45 tys. ton).
  • Stosować się do maksymalnego okresu przebywania okrętów na Morzu Czarnym wynoszącego maksimum 21 dni.

Turcja traktuje przestrzeganie konwencji jako jeden z elementów składowych własnej suwerenności. Znacząco utrudnia to dostęp do Morza Czarnego krajom NATO. Przykładowo nawet w okresie trwania wojny pomiędzy Rosją, a Gruzją w 2008 r. Ankara nie zgodziła się na wpłynięcie na terytorium akwenu dwóch okrętów szpitalnych mających udzielić pomocy Gruzji, a których łączna wyporność wynosiła 69 tys. ton.

Zmiana Konwencji z Montreux byłaby bardzo trudna. Dlatego Turcja stara się wzmocnić swoją elastyczność w zakresie udzielania dostępu do Morza Czarnego za pomocą budowy tzw. Kanału Stambulskiego. Projekt ten zakłada powstanie nowej drogi morskiej mającej połączyć Morze Czarne z Morzem Marmara i odciążyć cieśninę Bosfor. Takie rozwiązanie ułatwiłoby operowanie okrętom NATO w regionie. Projekt kanału wywołuje jednak ogromny sprzeciw ze strony Rosji, która nie zgadza się na zwiększenie dostępności do Morza Czarnego dla krajów spoza jego obszaru, w szczególności USA. Pewne jest jednak to, że zarówno Waszyngton jak i Moskwa potrzebują Ankary przy projektowaniu architektury bezpieczeństwa w regionie.

Turcja uważa jednak, że z uwagi na swoją pozycję w regionie i historię, Morze Czarne powinno być podporządkowane jej interesom, a nie celom NATO. Chęć ograniczenia działania innych krajów na terenie akwenu jest tym co łączy ją z Rosją. Ta ostatnia jest przy tym wygodnym partnerem dla R. Erdogana gdyż jednoznacznie potępiła zamach stanu z 2016 roku i nie zarzuca prezydentowi Turcji naruszania praw człowieka. Ponadto jest głównym dostawcą gazu na potrzeby Ankary. „Na rękę” obu stronom jest również taktyczna współpraca wojskowo-ekonomiczna. Przykładem takiego działania jest zakup systemów S-400 przez Turcję, który umożliwił Kremlowi podważenie spoistości NATO i doprowadził do napięć w relacjach pomiędzy Ankarą, a Waszyngtonem.

Z drugiej strony administracja Erdogana nadal dostrzega korzyści płynące z pozostawania pod parasolem ochronnym NATO, zwłaszcza w momentach gdy napięcia w stosunkach z Moskwą eskalują. Ich źródłami są m.in. poparcie Turcji dla członkostwa Gruzji w NATO, okupacja jej terytoriów oraz Nadniestrza przez wojska rosyjskie, czy sytuacja w Syrii i na Kaukazie. Ankara sprzeciwia się również aneksji Krymu, który postrzega jako integralną część Ukrainy. Wychodzi przy tym z założenia, że pokrewnemu ludowi Tatarów Krymskich lepiej jest funkcjonować w ramach państwa podlegającego Kijowowi, a nie Moskwie.

Sytuacji w regionie Morza Czarnego nie ułatwia również fakt, że pozostałe dwa kraje należące do NATO mają jeszcze inny niż Turcja stosunek do Rosji, co utrudnia wypracowanie wspólnego stanowiska w ramach sojuszu. Rumunia wspiera zwiększoną obecność USA i NATO w regionie. Chciałaby rozlokowania kolejnych amerykańskich żołnierzy na swoim terenie oraz wzmocnienia zdolności obronnych i odstraszania. Stara się też kreować na lidera w zakresie odpowiedzi na zagrożenia asymetryczne w basenie Morza Czarnego.

Z kolei Bułgaria zachowuje dużo bardziej umiarkowane stanowisko. Wspiera integrację z Zachodem, lecz wpływy Rosji są w tym kraju na tyle duże, że rząd stara się w miarę możliwości balansować pomiędzy obiema wspomnianymi opcjami. Częściowo wynika to z więzów historycznych i kulturowych, a częściowo z zależności na rynku energetycznym (ok. 75% surowców energetycznych jest importowanych z Rosji). Bułgaria jest regionalnym hubem transportu i dystrybucji gazu oraz ropy pochodzącej z Rosji, które to trafiają potem do Europy oraz na Bałkany. Sofia podchodzi z rezerwą do wspierania inicjatyw NATO na Morzu Czarnym bojąc się eskalacji i problemów w relacjach z Moskwą. Wyrazem tego było publicznie odrzucenie przez premiera Bułgarii w 2016 roku możliwości przyłączenia się do inicjatywy Rumunii oraz Turcji, polegającej na utworzeniu Floty NATO na Morzu Czarnym. Sofia kontynuuję przy tym swój wkład w inne działania NATO, np. ćwiczenia „Sea Breeze”.

Konwencja z Montreux, słabnąca rola USA (zwłaszcza deficyt posiadanych przez nią okrętów wojskowych w stosunku do potrzeb), brak spójnej strategii Sojuszu Północnoatlantyckiego w odniesieniu do regionu, jego militaryzacja napędzana przez Rosję oraz wysyłane przez nią sygnały strategiczne mówiące o tym, że traktuje ona Morze Czarne jako strefę swoich wyłącznych wpływów to wyzwania, na które NATO nie znalazło dotychczas odpowiedzi.

Rosyjski nawalizm na Morzu Czarnym
Odradzający się rosyjski nawalizm jest jedną z przyczyn eskalacji napięcia w regionie Morza Czarnego.

Rywalizacja mocarstw na obszarze Morza Czarnego

Jak pisaliśmy w jednym z poprzednich tekstów Kreml już od czasów Piotra Wielkiego dąży do zwiększenia swojego dostępu do niezamarzających zimą portów i związanego z tym rosnącego uczestnictwa w handlu morskim. Rosyjscy stratedzy utożsamiają to z bogactwem, modernizacją oraz prestiżem. Dlatego sygnalizowana przez W. Putina chęć odtworzenia rosyjskiej strefy wpływów i zajęcia pozycji jednego z kilku światowych mocarstw w świecie multilateralnym jest skorelowana z rosnącym nawalizmem tego państwa. Sednem wspomnianej doktryny jest ekspansja kraju na rynki międzynarodowe, dla dokonania której niezbędna jest:

  • Zwiększenie rozmiarów komercyjnej floty handlowej.
  • Rozbudowa marynarki wojennej zdolnej do ochrony i zapewnienia bezpieczeństwa morskich szlaków handlowych.
  • Sieć baz morskich umożliwiających zaopatrzenie i naprawę operujących daleko od własnych brzegów okrętów.

Nawalizm w wersji rosyjskiej wiąże się z:

  • Poczuciem prestiżu: globalny zasięg floty rosyjskiej wychodzącej na Morze Śródziemne i dalej na światowe oceany.
  • Siłą: agresywne manewry okrętów, czy przeloty samolotów FR w niedalekiej odległości od obcych okrętów lub przestrzeni powietrznej innego państwa.
  • Wywieraniem presji dyplomatycznej za pomocą marynarki wojennej: projekcja siły u wybrzeży Syrii, czy blokada Morza Azowskiego.
  • Patriotyzmem: krajowa propaganda ukazująca Rosję jako mocarstwo posiadające rozległe interesy w regionie Morza Czarnego i będące dumnym z posiadania tam powiększającej się floty.
  • Ekspansja surowcowa: dążenie do kontroli infrastruktury energetycznej oraz surowców znajdujących się w regionie Morza Czarnego.

Wspomniane działania wymagają inwestycji w rozwój marynarki, systemów obrony wybrzeża i zwiększenia aktywności floty. Dokładnie to czyni systematycznie administracja W. Putina w obszarze Morza Czarnego, pomimo napotykanych przy tym trudności (np. ograniczeń budżetowych, korupcji, czy braków technologicznych wydłużających czas budowy nowych okrętów). Rosja dąży ponadto do przekształcenia Krymu i otaczającego go akwenu w swego rodzaju fortecę strzegącą jej południowo-zachodniej flanki.

Z kolei panowanie rosyjskiej floty w regionie jest dla Moskwy dowodem na jej odradzającą się pozycję w globalnym układzie sił i zapewnia punkt wyjścia na Morze Śródziemne i dalej – na Ocean Atlantycki i Indyjski. Wszystko to powoduje, że Morze Czarne pełni z perspektywy W. Putina kluczową rolę w toczonej przez niego rywalizacji o powrót Rosji do grona światowych mocarstw.

Wiąże się z tym równie wykorzystywanie przez Kreml dominującej pozycji militarnej w regionie do:

  • Nakłaniania znajdujących się tam państw do wstąpienia do Euroazjatyckiej Unii Gospodarczej i Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym. Członkiem obu organizacji jest już leżąca na skraju regionu Morza Czarnego Armenia, a status obserwatora w EUG posiada Mołdawia.
  • Zapobiegania pogłębianiu relacji z NATO i EU przez kraje, które nie chcą obecnie dołączyć do rosyjskich formatów integracyjnych (Gruzja, Ukraina). Służą temu równie zamrożone konflikty w Donbasie, Abchazji, Osetii Południowej, czy Naddniestrzu.
  • Zachowywania wpływów w krajach, które dołączyły do NATO i UE (Rumunia, Bułgaria). Rosja stara się, aby liderzy w tych państwach byli otwarci na relacje z Moskwą, szczególnie w sposób podważający spoistość NATO.

Innymi słowy, w percepcji Moskwy kraje, które nie chcą uznać protektoratu Rosji muszą pozostać względem niej co najmniej neutralne, a najlepiej pod jej wpływem. Realizacja tej strategii w obszarze Morza Czarnego, pozwala Kremlowi odbudować „straty” jakie poniósł na rzecz NATO po rozpadzie ZSRR.

Rosnąca chęć zdominowania regionu przez Rosję nakłada się na słabnącą obecność USA, która generuje dużą niepewność, szczególnie w Bułgarii i Rumunii. Moskwa już teraz jest w stanie uniemożliwić NATO dostęp do Morza Czarnego w przypadku wystąpienia konfliktu zbrojnego na jego obszarze. Ponadto, przeprowadza ona we wspomnianych dwóch krajach kampanie propagandowe wykorzystujące słabość i skorumpowanie tamtejszych elit i rzekomy brak korzyści z członkostwa w Sojuszu Północnoatlantyckim oraz UE. Dalsze testowanie przez Rosjan zdolności NATO będzie miało negatywne konsekwencje dla jego wiarygodności i efektywności. Wzmaga to również podejmowanie przez państwa regionu Morza Czarnego prób bilateralnego układania sobie relacji z Moskwą, co z kolei redukuje ich wspólne zdolności negocjacyjne.

Słabość Amerykanów widać również w rozwiązaniach proponowanych przez tamtejszych analityków, a mających na celu zwiększenie regionalnego bezpieczeństwa i „uspokojenie” partnerów. Jako główne usprawiedliwienie bierności NATO podają oni Konwencję z Montreaux (nie będąc jednocześnie jej stroną, lecz respektując jej założenia), która ma ograniczać możliwości wzmocnienia obecności morskiej w regionie. Jest też wykorzystywana do zwiększania retorycznych nacisków na rozbudowę własnych zdolności obronnych przez Rumunię, Bułgarię oraz Turcję, a także tworzenie przez te państwa formatów regionalnej współpracy w zakresie bezpieczeństwa. Ciężko jednak zrozumieć choćby to, dlaczego NATO posiada dwie różne inicjatywy polegające na utrzymywaniu w państwach regionu wysuniętej obecności wojskowej – jedną, silniejszą dla regionu Morza Bałtyckiego (enhanced Forward Presence) i drugą, słabszą dla regionu Morza Czarnego (tailored Forward Presence). Wschodnia flanka sojuszu powinna być traktowana jednakowo.

Obecność Chińska w regionie Morza Czarnego

Rosnący nawalizm obserwujemy równocześnie nie tylko po stronie rosyjskiej, lecz również chińskiej. Wzrastające inwestycje tego kraju w ramach inicjatywy Pasa i Szlaku wymuszają konieczność ich ochrony i rozbudowy marynarki wojennej. Do tej pory aktywność Pekinu w obszarze Morza Czarnego charakteryzowała się jednak mniejszą dynamiką niż w innych obszarach położonych na trasie Nowego Jedwabnego Szlaku. Ze strony Chin pada wiele zapowiedzi, lecz często nie idą za nimi czyny. Wynika to częściowo z mniejszej atrakcyjności inwestycyjnej regionu dla Pekinu oraz jednoczesnego sceptycyzmu wobec azjatyckiego partnera, panującego pośród państw położonych nad Morzem Czarnym.

Aczkolwiek głównym powodem mniejszego zaangażowania Chin na omawianym obszarze jest trwająca tam rywalizacja mocarstw. Z jednej strony Waszyngton wywiera naciski na państwa Morza Czarnego, aby ograniczały współpracę z Pekinem. Z drugiej Moskwa patrzy niechętnym okiem na potencjalne wejście nowego gracza do regionu, który postrzega jako swoją wyłączną strefę wpływów. W tej sytuacji Pekin zdaje się obawiać uwikłania w rywalizację mocarstw na relatywnie mało znaczącym dla siebie obszarze. Odstrasza go również jego niestabilność i występujące tam konflikty.

Pomimo powyższych trudności ważnym partnerem Chin stała się Turcja, w której inwestycje Państwa Środka mają według prognoz osiągnąć w 2021 roku poziom 6 miliardów USD. Przykładem jest wybudowany już tunel kolejowy Marmaray biegnący pod cieśniną Bosfor. Ankara prowadzi również rozbudowaną współpracę wojskową z Pekinem. Rozważała np. zakup rakiet i systemów obronnych w Azji, po tym gdy Amerykanie odmówili eksportu tego typu uzbrojenia do Turcji. Zanim zakupiono od Rosji zestawy S-400, zastanawiano się nad chińskimi zestawami FD-2000. Prezydent Erdogan, po tym gdy część jego posunięć spowodowała niechęć zachodnich partnerów, docenia współpracę z Pekinem, który nie atakuje jego polityki względem Kurdów czy przeprowadzania wewnętrznych represji.

Rośnie również udział Chin w wymianie handlowej Gruzji. W 2016 roku kraj ten przystąpił do Azjatyckiego Banku Inwestycji Infrastrukturalnych. Niedługo potem Tbilisi uzyskało kredyt na budowę nowej drogi do portu w Batumi. W 2018 roku przyjęto również umowę o wolnym handlu pomiędzy oboma państwami, która zniosła taryfy na ok. 90% dóbr, przepływających pomiędzy Gruzją, a Chinami. Pekin chciał również wybudować port w strategicznie położonym nadmorskim miasteczku Anaklia, które było kiedyś jedną z baz sowieckiej Floty Czarnomorskiej. Inwestycję postanowiono powierzyć jednak Amerykanom, lecz do tej pory nie doszła ona do skutku. Nie zrażeni tym faktem Chińczycy poczynili jednak inwestycje w pobliskim porcie Poti.

Chiny zdetronizowały ponadto Rosję jako głównego partnera handlowego Ukrainy. Firmy z Państwa Środka uczestniczą ponadto w pracach związanych z rozbudową tamtejszych portów oraz okalającej je infrastruktury, m.in. w Jużnym i Czarnomorsku. Pekin stara się również pogłębiać zaangażowanie w ukraiński przemysł obronny. W latach 90-tych to właśnie w tym kraju Chiny nabyły swój pierwszy lotniskowiec. W 2017 roku Kijów osiągnął status drugiego największego dostawcy broni dla Pekinu. Wtedy jednak Państwo Środka podjęło grę o wysoką stawkę jaką było przejęcie strategicznych zakładów Motor Sicz (głównego producenta silników samolotowych i helikopterowych na Ukrainie). Wzmocniłoby to chińskie wysiłki w zakresie modernizacji silników dla lotnictwa. Jednak Amerykanie zablokowali wspomnianą transakcję, co pozostawiło trwałą skazę na relacjach wojskowych pomiędzy Pekinem i Kijowem.

Udział Ukrainy w projekcie Pasa i Szlaku jest z kolei póki co ograniczony kilkoma czynnikami. Są to m.in. trudne otoczenie inwestycyjne panujące w tym kraju i niemoc administracyjna, konflikt z Rosją, a także wpływy rosyjskie oraz amerykańskie. Dla Ukrainy Chiny są jednak „bramą”, pozwalającą na wejście na rynki azjatyckie oraz potencjalną siłą równoważącą wpływy rosyjskie. Wydaje się, że zarówno Kijów jak i Pekin chciałyby być bardziej aktywne we wspólnych projektach związanych z Morzem Czarnym.

Z kolei wejście Chin na rynek rumuński jest hamowane przez naciski ze strony USA oraz realizowaną przez prezydenta Iohannisa skrajnie pro-amerykańską politykę. Dużo większymi optymistami pod względem współpracy z Państwem Środka byli początkowo Bułgarzy. Rozważa się nadal inwestycje Pekinu m.in. w porty w Warnie i Burgas oraz elektrownie atomową w Belene. Ogółem jednak współpraca z Pekinem postrzegana jest w Sofii jako rozczarowanie, któremu towarzyszą naciski ze strony Waszyngtonu na jej ograniczanie.

W 2015 roku doszło do wspólnych ćwiczeń floty rosyjskiej i chińskiej na Morzu Czarnym, co było pierwszą obecnością azjatyckiej marynarki na wspomnianym akwenie od czasów Wojen Światowych. Póki co nie poszły za tym jednak bardziej zdecydowane działania. Wciągnięcie Pekinu w zwiększenie zaangażowania w regionie mogłoby potencjalnie częściowo równoważyć rosyjską asertywność. Co więcej, wspomaganie i ewentualna rozbudowa wpływów Pekinu mogłaby wywołać napięcia w relacjach z Moskwą, która postrzega Morze Czarne jako strefę swoich wyłącznych wpływów. Byłoby to z kolei korzystne dla RP.

Implikacje dla Polski i „Trójmorza”

Wobec postępujących zmian w światowej architekturze bezpieczeństwa większość establishmentu analitycznego i politycznego podziela wizję zarysowaną bardzo dobrze przez Justynę Gotkowską. Zakłada ona równoległe bazowanie na relacjach z USA, wzmacnianiu NATO i pozycji Polski w UE oraz rozbudowie własnych zdolności. Oznacza to de facto trzymanie się przyjętej po roku 90-tym dotychczasowej strategii i zwiększenie skuteczności jej realizacji przy uwzględnieniu nowych warunków. Innymi słowy Polska powinna podtrzymać obecną politykę, lecz starać się robić to dużo sprawniej niż ma to miejsce obecnie.

Zarysowana przez J. Gotkowską idea jest bez wątpienia pomysłem „bezpiecznym”, a co za tym idzie wymagającym w gruncie rzeczy relatywnie niewielkich i ewolucyjnych zmian w prowadzonych przez RP działaniach i stosowanych przy tym środkach. Pozwala to mieć nadzieję na systematyczny wzrost znaczenia państwa polskiego w ramach „II ligi” europejskiej i nie obliguje do podejmowania trudu związanego z ewentualną zmianą układu siły (i wejściem do „I ligi” państw kształtujących politykę europejską). Zapobiega też możliwości odniesienia spektakularnej klęski w przypadku podjęcia bardziej ambitnych wyzwań bez posiadania ku temu instrumentów.

Wadą obecnej strategii jest jednak przede wszystkim to, że nawet gdybyśmy z powodzeniem ją realizowali to nie rozwiązuje ona następujących problemów:

  • Postępujące zmiany w architekturze bezpieczeństwa prawdopodobnie doprowadzą do odnowy sojuszu USA z Niemcami, w ramach którego będziemy przedmiotem polityki Berlina w Europie Środkowowschodniej. Zakonserwuje to, a być może nawet powiększy dystans dzielący RP od zachodniego sąsiada.
  • UE będzie coraz bardziej zdominowana przez Niemcy i Francję, a interesy RP na Wschodzie zostaną poświęcone.
  • Nie zmienimy peryferyjnego statusu Polski.
  • Jest duża szansa, że w nowej architekturze bezpieczeństwa Polska będzie krajem leżącym na granicy wpływów transatlantyckich i rosyjskich. Zmniejszy to nasze bezpieczeństwo i nie rozwiąże problemu zagrożenia ze strony Moskwy.
  • Kraje Europy Wschodniej zostaną przekształcone w protektoraty Rosji, tak jak ma to obecnie miejsce na Białorusi.
  • Punkt ciężkości światowego systemu gospodarczego będzie przenosić się do Azji, a co za tym idzie pozycja Polski na świecie będzie zmierzała ku marginalnej.

W ramach powyższej strategii realizacja „Trójmorza” ma bardzo ograniczony sens, ponieważ nie rozwiązuje ani strategicznych wyzwań stojących przed Polską, ani tych z którymi muszą zmagać się inne państwa będące częścią tej inicjatywy. Z punktu widzenia interesów RP znacznie większą zasadność ma realizowanie na obszarze pomiędzy Morzami Bałtyckim, Czarnym i Adriatyckim (lecz włączając w to państwa położone również bardziej na północ i wschód od Polski) projektu integracji regionalnej zdolnego do balansowania siły Niemiec i Rosji.

Obszar taki jest naturalnym polem ekspansji ekonomicznej RP. Łatwiej jest nam konkurować na rynkach Europy Środkowowschodniej niż np. na rynkach niemieckim, czy hiszpańskim. Co więcej, to właśnie połączenia transportowe północ-południe dają możliwości wykorzystania położenia geograficznego Polski w sposób umożliwiający zachowanie większości wytworzonej w ten sposób wartości dodanej w naszym kraju. W przypadku połączeń wschód-zachód pozostaniemy jedynie krajem tranzytowym i będziemy mieć marginalny udział w generowanych w ten sposób zyskach gospodarczych.

Niezbędne do realizacji wizji integracji regionalnej są m.in. gigantyczne inwestycje w infrastrukturę (daleko przekraczające możliwości funduszu „Trójmorza”), zagwarantowanie stabilności politycznej oraz zniesienie barier celnych na obszarze Intermarium. Ogromna skala ewentualnych wyzwań czekających na RP w tym zakresie jest właśnie widoczna na przykładzie regionu Morza Czarnego.

Dobrym przykładem je ilustrującym jest ogłoszona w 2010 roku przez Gruzję chęć budowy portu głębokowodnego w Anakli. Było to częścią szerszej koncepcji mającej na celu powstanie nowego miasta – Lazika oraz trzech hubów logistycznych, łączących gruzińskie wybrzeże ze stolicą. Na włączenie się w realizację projektu ochotę mieli Chińczycy, lecz zostało to zablokowane przez Stany Zjednoczone. Zapowiedziały one jednocześnie zaangażowanie własnych firm (co ciekawe jako podwykonawców zamierzano dalej wykorzystać firmy z Państwa Środka).

Powyższe plany od początku potępiała będąca wtedy w opozycji partia Gruzińskie Marzenie, zdając sobie sprawę, że projekt związany z Anaklią nie jest zgodny z interesami Rosji i może wywołać jej negatywną reakcję. Niedługo po dojściu wspomnianego ugrupowania do władzy budowa portu została wstrzymana. Jednocześnie Gruzja zwiększyła handel z Rosją, zwłaszcza w dziedzinie rolnictwa. W 2017 roku przy okazji nowego otwarcia w relacjach pomiędzy Tbilisi, a Waszyngtonem próbowano wskrzesić projekt portu w Anakli. Jednak w 2018 roku lider Gruzińskiego Marzenia Bidzina Iwaniszwili doprowadził do dymisji premiera Kwirikaszwiliego i tym samym ostatecznie pogrzebał wspomniany pomysł. W 2020 roku rozwiązano kontrakt z Anaklia Development Consortium, które miało być odpowiedzialne za budowę portu.

Przyczyn upadku inwestycji w Anakli należy upatrywać w polityce wewnętrznej jak i zagranicznej Gruzji. B. Iwaniszwili obawiał się sojuszu swojego politycznego konkurenta – G. Kwirikasziwilego (oraz popierających go elit biznesowych) z Waszyngtonem, wspieranego dodatkowo przez hierarchów kościelnych. Oprócz tego, liderzy Gruzińskiego Marzenia, którzy podchodzą do relacji z Rosją w sposób ugodowy, transakcyjny i są także powiązani kapitałowo z Moskwą nie chcieli eskalacji napięć w ramach wzajemnych relacji.

Warto pamiętać, że planowana głębokość portu w Anakli miała wynosić 20.5 metra, co umożliwiałoby odbiór dużych statków kontenerowych transportujących towary w ramach Morza Czarnego. Projekt przewyższałby pod tym względem potencjalną konkurencję w postaci rosyjskiego portu w Noworosyjsku. W tym momencie dochodzimy też do chińskiego i polskiego aspektu inwestycji. Anakli mogłoby zostać połączone szybką koleją z azerskim portem Alat, skąd towary mogą być transportowane przez Morze Kaspijskie do kazachskiego portu Aktau, a stamtąd dalej do Chin. Z drugiej strony istnieje możliwość skomunikowania Anakli z portem w Odessie, skąd z pomocą kolei towary mogą być transportowane do Polski.

Umożliwiłoby to powstanie dużo korzystniejszej dla RP alternatywy dla tzw. „Middle Corridor” – jednego z korytarzy transportowych inicjatywy Pasa i Szlaku. Według obecnych planów ma on przebiegać na około Morza Czarnego, przez Turcję i marginalizować w ten sposób rolę Polski. Port w Anakli miałby dodatkowo wartość wojskową i umożliwiałby bazowanie okrętów NATO.

Oczywiście na obecnym etapie nierealnym byłoby zakładać, że Polska w ogóle miała jakąkolwiek możliwość wpłynięcia na decyzję dotyczącą budowy portu w Anakli. Przypadek ten ilustruje jednak kilka istotnych wniosków dla RP:

  • Skuteczna budowa projektów infrastrukturalnych wymaga posiadania narzędzi geoekonomicznych (Rosja poniekąd „przekupiła” Gruzję i zrekompensowała jej porzucenie projektu portu zwiększeniem handlu).
  • Ekspansja na rynki międzynarodowe, szczególnie w Azji i Europie Środkowo-Wschodniej wymaga wsparcia politycznego na poziomie rządów państw. Nie do końca trafne są argumenty mówiące o tym, że np. współpraca ekonomiczna Polski z Chinami ma ograniczony sens, ponieważ obecny wolumen handlu i inwestycji „dowodzi”, że potencjał takiej relacji jest niski. Porozumienie polityczne znacznie zwiększyłoby obydwa wskaźniki.
  • Projekty mające potencjał na zmianę statusu peryferyjności Polski wymagają odnalezienia się w skomplikowanej grze mocarstw. Niezbędne do tego jest bardzo sprawnie zorganizowane i zarządzane państwo.
  • Nie da się tworzyć dużych inwestycji np. w Gruzji bez posiadania tam odpowiedniego rozpoznania lokalnego i wpływów politycznych oraz biznesowych. Właśnie do tego powinniśmy zadaniować m.in. wywiad i MSZ.
  • Inwestycje w regionie Europy Środkowowschodniej wymagają posiadania zdolności do ich ochrony oraz zapewnienia stabilności regionalnej. W tym celu potrzebujemy silnej armii, służb specjalnych oraz prywatnych firm wojskowych.
  • Zwiększenie wpływów RP na obszarze „Trójmorza”, czy „Mięzdymorza” wymaga olbrzymich nakładów finansowych. Jeśli Polska chce odgrywać większą rolę w regionie musi ponieść odpowiednie wyrzeczenia w zakresie polityki fiskalnej.
  • Chiny stwarzają potencjał balansowania wpływów Rosji.
  • Wciąganie państw Europy Środkowowschodniej w formaty kolektywnej współpracy zwiększa obawy Rosji o to, że ich ewentualna agresja zbrojna spotka się z odpowiedzią. To z kolei minimalizuje ryzyko wystąpienia konfliktu zbrojnego.

Rozwiązanie tych problemów pozwoliłoby na obalenie często stosowanego argumentu dotyczącego tego, że państwa „Międzymorza” stawiają na wzmacnianie istniejących organizacji euroatlantyckich, czy zacieśnianie relacji z największymi sojusznikami takimi jak USA, czy Niemcy. Na przykładzie państw Morza Czarnego widzimy, że dążą one do przyłączenia się do alternatywnych formatów, lecz takowych (mogących zagwarantować odpowiednie korzyści) po prostu nie ma. Rumunia kurczowo trzyma się NATO, ponieważ widzi w nim jedyną możliwość obrony przez Rosją. Bułgaria również dostrzega to samo zagrożenie i dlatego stara się nie dopuścić do powstania napięć w relacjach z Moskwą. Ukraina i Gruzja tylko czekają na możliwość pogłębienia integracji z NATO, czy UE.

Z drugiej strony skala ewentualnych wyzwań stojących przed RP, w przypadku podjęcia się przez nią realizacji ambitnej polityki regionalnej, zdolnej do zmiany naszego peryferyjnego statusu i zwiększenia bezpieczeństwa jest gigantyczna. Musimy sobie to uświadomić, gdyż w przeciwnym wypadku nasza polityka operuje w ramach ciągłej strategicznej iluzji. Skutkuje ona m.in. tym, że gdy sytuacja na Wschodzie wymaga użycia twardych instrumentów wpływu okazuje się, że Polska ich nie posiada. I to pomimo przekonania elit władzy i administracji, co do odgrywania znaczącej roli na wspomnianym obszarze. Innym przykładem strategicznej iluzji jest układanie sobie relacji z UE, tak jakby „Trójmorze” było realnym projektem dającym nam mocną pozycję przetargową w stosunkach z Niemcami, podczas gdy tak naprawdę jej nie mamy.

W obecnej chwili RP nie posiada zdolności do realizacji ambitnej polityki regionalnej (oczywiście nie negującej przy tym członkostwa kraju w NATO i UE oraz ściślejszej integracji z tymi organizacjami). Z tej perspektywy rozumiemy głosy takie jak te Justyny Gotkowskiej nawiązujące do „odświeżenia” obecnej strategii. My jednak prowadzimy tego bloga m.in. po to, aby zachęcić do podejmowania działań mogących trwale zmienić status naszego kraju i wprowadzić go do europejskiej „I ligi”. Pragniemy polityki bezpieczeństwa na miarę ogromnych ambicji tkwiących w wielu Polakach.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Back To Top