Dlaczego pierwszy etap rosyjskiej inwazji na Ukrainę zakończył się niepowodzeniem i jakie z tego płyną wnioski dla Polski? cz. 1/2

Zniszczony rosyjski sprzęt na Ukrainie

Inwazja na Ukrainę utknęła w martwym punkcie. Rosjanie nadal posiadają dużą przewagę i mogą rozstrzygnąć wojnę na swoją korzyść, ale ich początkowy plan wojny błyskawicznej i zmiany rządu w Kijowie zakończył się niepowodzeniem. Postanowiliśmy więc zastanowić się nad przyczynami tej porażki i wskazać wnioski, które płyną z niej dla polskiego sektora bezpieczeństwa.

Nowoczesna sztuka wojenna ewoluuje w kierunku operacji błyskawicznych

Świat zimnowojenny charakteryzował się olbrzymią rolą jaką odgrywała w strategii militarnej broń nuklearna, a także podziałem państw na dwa wrogo wobec siebie nastawione bloki polityczne. Liczono się więc z tym, że wybuch wojny oznaczać będzie ryzyko poniesienia gigantycznych strat przez obie strony konfliktu.

Nadrzędnym celem stało się więc unikanie otwartych starć pomiędzy mocarstwami nuklearnymi. Nie oznaczało to jednak, że porzucono ideę wykorzystania armii do osiągnięcia celów politycznych. Operacje polegające na unicestwieniu wojsk przeciwnika i okupacji znaczących obszarów terenu przy pomocy broni konwencjonalnej stały się jednak kosztowne i trudne do przeprowadzenia.

Dlatego rozwój sztuki wojennej zmierza w kierunku umożliwienia zadania przeciwnikowi dotkliwych strat w bardzo krótkim okresie czasu i bez konieczności użycia arsenału nuklearnego. Dotyczy to zwłaszcza konfliktów, w których silniejsze państwo mierzy się ze znacznie słabszym przeciwnikiem.

Ma to na celu zmuszenie atakowanego kraju do akceptacji oczekiwań politycznych agresora bez konieczności ponoszenia przez tego ostatniego kosztów okupacji. Właśnie w ten sposób postrzegane były w Rosji operacje USA w Zatoce Perskiej, Jugosławii i Iraku. Pokazały one, że możliwe jest odniesienie szybkiego zwycięstwa nad słabszym przeciwnikiem.

Orędownikiem takiego podejścia są nie tylko stratedzy z USA, ale również m.in. rosyjski generał w stanie spoczynku i czołowy rosyjski teoretyk wojskowości generał W. Slipczenko. Według niego wojna szóstej generacji polega na prowadzeniu ofensywnych operacji z powietrza, bazujących na broni precyzyjnej i rozpoznaniu za pomocą UAV.

Istotną rolę w takim starciu odgrywa też walka elektroniczna, mająca na celu sparaliżowanie systemów dowodzenia, rozpoznania i komunikacji wroga. Uzupełnieniem precyzyjnego ostrzału kluczowych celów są ponadto w rosyjskich koncepcjach siły powietrzno-desantowe. Ich główne zadanie jest bowiem podobne do roli broni precyzyjnej i polega na eliminacji lub zajęciu strategicznych obiektów militarnych i rządowych.

Akcent na ostrzał z powietrza dokonywany za pomocą lotnictwa lub pocisków dalekiego zasięgu powoduje, że kluczową rolę w nowoczesnym konflikcie odgrywa uzyskanie dominacji w powietrzu. Wykorzystując ją można bezlitośnie niszczyć najważniejsze cele przeciwnika, aż do momentu, w którym zdecyduje się on poddać. Siły lądowe pełnią zaś jedynie rolę pomocniczą.

W podobny sposób miała właśnie przebiegać rozpoczęta w lutym tego roku rosyjska inwazja polegająca na błyskawicznym opanowaniu Kijowa, powołaniu nowego rządu, zajęciu wschodniej części kraju i rozbiciu głównych sił ukraińskich w rejonie Doniecka i Ługańska.

Sukcesy armii rosyjskiej w starciach na Krymie, Donbasie i w Syrii pozwalały zaś domniemywać, iż osiągnęła ona zdolności do prowadzenia wojny według pomysłu generała W. Slipczenki. Okazało się jednak, że Kreml ma duże problemy z zastosowaniem nowoczesnego rzemiosła wojennego na większą skalę. Zastanówmy się więc nad tym, co poszło nie tak.

Utrata elementu zaskoczenia i polityka USA

W 2014 roku agresja W. Putina na Ukrainę zszokowała Zachód. Tamtejsi politycy i społeczeństwa były mentalnie nieprzygotowane na wybuch wojny. Konflikty w odległych rejonach świata były „ok”, bo działy się z daleka od „cywilizacji”, ale atak tuż pod nosem NATO i UE? No niemożliwe… Zanim ktokolwiek zdążył się więc zorientować co się dzieje, Krym był już pod kontrolą Rosjan.

Tym razem, za sprawą prowadzonej przez USA od blisko pół roku komunikacji strategicznej, Kreml utracił jednak element zaskoczenia. Publikując informacje wywiadu, administracja J. Bidena obnażyła bowiem rosyjskie plany militarne. Co więcej, zrobiła to z blisko 100% skutecznością (szacun!).

Umożliwiło to Ukrainie i jej zachodnim sojusznikom odpowiednie przygotowanie się do rozpoczęcia konfliktu. USA udało się przy tym zminimalizować dwa główne atuty jakimi dysponuje Rosja w starciu z Zachodem, czyli punktową przewagę militarną w “bliskiej zagranicy” i brak jednolitego stanowiska NATO w relacjach z Moskwą.

Od kilku miesięcy Stany Zjednoczone z pomocą zwłaszcza Kanady i UK wspierały Ukrainę szkoleniowo i dostarczały jej olbrzymich ilości uzbrojenia. Zdecydowana reakcja USA na agresję Rosji sprawiła ponadto, że już po wybuchu wojny pomoc wojskowa napłynęła do Kijowa w ekspresowym tempie i z wielu stron. Bez niej tak skuteczna walka z agresorem nie byłaby możliwa.

Przez ostatnie pół roku Waszyngton prowadził ponadto ofensywę dyplomatyczną mającą na celu niedopuszczenie do wykorzystania przez Moskwę różnic w podejściu poszczególnych państw NATO do relacji z Kremlem. Utrudniło to izolację dyplomatyczną Ukrainy, a także naciski Niemiec i Francji na to, aby czym prędzej zakończyć działania wojenne za cenę ustępstw na rzecz Rosji.

Z drugiej strony, elementem strategicznej komunikacji USA były również jasne deklaracje o powstrzymaniu się NATO od bezpośredniej ingerencji w wojnę na Ukrainie. Było to zapewne jednym z czynników, który zachęcił elity Kremla do rozpoczęcia operacji militarnej na znacznie większą skalę niż miało to miejsce w latach 2014-2015 i osłabiło możliwości odstraszania sojuszu.

Co ciekawe, naszym zdaniem sam Kijów nie wierzył w informacje o tym, że inwazja Moskwy obejmować będzie również atak na stolicę i spodziewał się jedynie natarcia z terytorium Donbasu. Świadczy o tym chociażby dyslokacja wojsk ukraińskich, a także brak przygotowania inżynieryjnego terenu w sposób utrudniający ofensywę Rosjan z północy i z południa.

Dysfunkcjonalny proces decyzyjny na Kremlu

Decyzja dotycząca inwazji na Ukrainę podjęta została w bardzo wąskim kręgu i utrzymywana była w ścisłej tajemnicy. Główne role odgrywali w tym procesie zapewne m.in. wysocy oficerowie FSB (A. Bortnikow i S. Bieseda), Gwardii Narodowej (W. Zołotow i R. Gawriłow) i Sztabu Generalnego SZ FR (W. Gerasimow).

Prawidłowe rozpoznanie sytuacji, które zadziałało w otoczeniu J. Bidena, nie zadziałało jednak w kręgach W. Putina. Odpowiedzialny jest za to dysfunkcjonalny proces decyzyjny obowiązujący na Kremlu, rywalizacja pomiędzy służbami, a także osobiste przekonania i styl zarządzania W. Putina.

Wydaje się, że pierwszeństwo w dostarczaniu informacji na potrzeby inwazji „wywalczyła” sobie FSB, odpowiadająca za wywiad w tzw. „bliskiej zagranicy”. Kompetencje te nakładają się jednak na zadania wywiadu cywilnego (SWR) i wojskowego (GRU). W latach 2014-2015 było to przyczyną wielu nieefektywności w pracy rosyjskich służb specjalnych na Ukrainie.

Teraz starano się temu zapobiec przez powierzenie roli koordynatora pracy wszystkich formacji na tym kierunku D. Kozakowi, który od kilku lat jest głównym doradcą W. Putina ds. stosunków z Kijowem. FSB miała się prawdopodobnie zająć zbieraniem informacji na potrzeby inwazji, SWR finansowaniem działań, a GRU prowadzeniem akcji dywersyjnych.

Samych funkcjonariuszy FSB zaangażowanych w operację na Ukrainie było ok. 200, co w porównaniu z zasobami m.in. polskich służb specjalnych należy uznać za bardzo duże siły. Ich zadaniem była ocena sentymentów społecznych, wyselekcjonowanie osób nadających się do utworzenia prorosyjskich struktur władzy i identyfikacja jednostek, które należy wyeliminować.

Jest więc bardzo prawdopodobne, że szeregowi funkcjonariusze FSB posiadali znakomite rozpoznanie sytuacji na Ukrainie. Im jednak wyżej w hierarchii służbowej „wędrowały” informacje, tym bardziej zniekształcone się one stawały. Naczelnik naniósł swoje poprawki, dyrektor powiedział, że aby można było notatkę przedstawić szefowi należy zmienić to i to… i tak dalej.

W momencie referowania sytuacji W. Putinowi przez A. Bortnikowa (Szefa FSB) przedstawiany obraz sytuacji panującej na Ukrainie był już mocno „podkoloryzowany”. Powoływano się przy tym na informacje pochodzące z tzw. Piątej Służby, odpowiedzialnej za działalność wywiadowczą FSB i kierowanej przez S. Biesiedę.

Wynikało to z nadmiernej chęci zaspokojenia oczekiwań przełożonych na poszczególnych szczeblach, którzy „wyczuwają” z kolei co chce usłyszeć „szef wszystkich szefów”. Dzieje się tak zwłaszcza w sprawach, którymi interesują się bezpośrednio politycy, a w szczególności prezydent.

Tak się z kolei składa, że na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy W. Putin systematycznie dystansował się on od „ręcznego sterowania” całym systemem władzy w Rosji, skupiając się jedynie na sprawach o znaczeniu „strategicznym”. Do tej kategorii należało z pewnością rozwiązanie „kwestii ukraińskiej”.

Efekt końcowy był jednak taki, że wokół prezydenta zamiast kompetentnych doradców zgromadzeni zostali „potakiwacze”, których głównym zadaniem było utwierdzanie przełożonego w tym, że zawsze ma on rację. Przychylność W. Putina przekłada się bowiem na pozycją polityczną i korzyści osobiste.

Nie bez znaczenia jest też permanentna rywalizacja tocząca się pomiędzy rosyjskimi służbami specjalnymi. W takich warunkach, każdy pragnie się „przypodobać” i spełnić oczekiwania „góry” deprecjonując jednocześnie pozycję innych formacji. Możliwe jest również to, że SWR i GRU celowo nie kwestionowały informacji FSB licząc na to, że wsadzą „kolegów” na „minę”.

Zaklinanie rzeczywistości przez rosyjskich generałów

Podobne procesy zachodziły zapewne także w rosyjskiej armii. Niektórzy generałowie liczyli na mały opór ze strony Ukrainy i przekonywali W. Putina o możliwości dokonania potężnego uderzenia otwierającego, które zniszczy większość kluczowych obiektów i sprzętu przeciwnika.

Jeden z byłych wysokich rangą oficerów rosyjskiej armii podkreślał jednak tuż przed wybuchem wojny, że wspomniane prognozy są nadmiernie optymistyczne i mogą być wyrażane jedynie przez „aparatczyków”. Wskazywał również na wiele niedostatków wojsk Moskwy i przestrzegał przed lekceważeniem przeciwnika. W jego opinii „blitzkrieg” był niemożliwy do zrealizowania.

Jest więc bardzo wątpliwe, aby żaden z członków Sztabu Generalnego SZ FR nie zdawał sobie sprawy z trudności jakie niesie za sobą inwazja na Ukrainę. To raczej W. Putin dopuszczał do siebie tylko tych generałów, którzy mówili mu to, co chciał on usłyszeć. Ci z kolei również otaczali się „potakiwaczami”, którzy zapewniali ich, że na niższych szczeblach armii wszystko jest „super”.

Oficerowie mogli przez lata utwierdzać prezydenta w „śnie” o potędze wojska i tuszować problemy, nie spodziewając się tego, że któregoś dnia powie on „sprawdzam”. Gdy ten dzień w końcu nadszedł nie mogli więc nagle oznajmić, że broni precyzyjnego rażenia jest za mało, a piloci są słabo wyszkoleni. Nie było wyjścia – trzeba było przygotować plan wojny błyskawicznej.

Z tego względu ryzyko operacji, której celem było zajęcie Kijowa zostało znacząco niedoszacowane, a zdolności armii rosyjskiej przeszacowane. Pogłębiająca się dysfunkcjonalność procesu decyzyjnego na Kremlu jest wynikiem rosnącego autorytaryzmu i postsowieckiego sposobu działania całej administracji.

W. Putin chciał wierzyć w „łatwą i szybką” wojnę, więc taką mu właśnie obiecano. Miała ona potrwać kilkanaście dni, obyć się bez większych strat i bez konieczności toczenia ciężkich walk. W Kijowie zainstalowany miał zaś zostać nowy, prorosyjski rząd, co ułatwiłoby opanowanie całej wschodniej Ukrainy.

Takie założenia potwierdza m.in. relatywnie niska liczba i struktura wojska, które zostało zgromadzone przy granicy z Ukrainą. Zwróćcie np. uwagę, że wśród pojmanych rosyjskich jeńców jest nadmiernie wielu członków Rosgwardii przygotowanych raczej do operacji quasi-policyjnych i kontroli podbitego społeczeństwa niż prowadzenia krwawych walk o każdy centymetr miast.

Zapewne nie bez znaczenia przy podejmowaniu decyzji dotyczącej inwazji były też trwające powoli przygotowania rosyjskiego prezydenta do przekazania władzy. W. Putin jest świadomy coraz mniejszej ilości czasu, która pozostał mu na zapisanie się na kartach historii jako lider, który odbudował pozycję międzynarodową Rosji po upadku Związku Radzieckiego.

Ostatni progres w integracji militarnej Białorusi z Rosją otworzył zaś możliwość dokonania przez Moskwę bezpośredniego uderzenia na Kijów. Znany ze swojego oportunizmu W. Putin mógł więc zdecydować o odejściu od prowadzonej od 2014 roku polityki stopniowej i kontrolowanej eskalacji. Utwierdzany przez doradców o „pewnym” zwycięstwie zdecydował się zagrać o pełną stawkę.

Reorientacja rosyjskiej polityki zagranicznej

Prawdopodobnie część otoczenia W. Putina kierowała się przy podejmowaniu decyzji o inwazji także szerszymi motywami geopolitycznymi. „Siłowicy”, których znaczenie od kilku lat stopniowo wzrasta, chcieli wykorzystać wojnę do przeorientowania polityki zagranicznej Kremla. Uważają oni bowiem, że integracja z Zachodem na akceptowalnych dla Rosji zasadach nie jest możliwa.

W związku z tym, należy postawić na stosunki z państwami takimi jak Chiny, Iran, czy Wenezuela. Zabezpieczenie granicy na wschodzie, umożliwi zaś Moskwie przerzucenie większych sił na zachód kraju i twardą realizację celów strategicznych Kremla w Europie bez zważania na wiążące się z tym pogorszenie relacji z państwami NATO i UE.

Takie podejście otwiera możliwości prowadzenia działań militarnych na większą niż do tej pory skalę. Zapewnienia USA o tym, że powstrzymają się one od bezpośredniej ingerencji w ewentualny konflikt na Ukrainie mogły dodatkowo zachęcić Kreml do zwiększenia skali agresji bez obawy o ryzyko konfliktu z NATO.

Podzielając logikę „siłowików”, W. Putin odrzucił jednocześnie możliwość zawarcia układu z Amerykanami, którzy proponowali Rosji porozumienie w takich kwestiach jak częściowe ograniczenie współpracy wojskowej NATO z Ukrainą, czy zasady rozmieszczania w Europie pocisków krótkiego i średniego zasięgu.

Dla rosyjskiego prezydenta ważniejsze okazało się jednak ograniczenie ekspansji sojuszu i podporządkowanie sobie Ukrainy. Administracja J. Bidena jest wyraźnie niezadowolona z decyzji W. Putina i wynikającej z tego pogłębiającej się współpracy Rosji z Chinami, a także konieczności stabilizacji sytuacji w Europie przez USA.

Wydaje się więc, że w tej sytuacji Amerykanie uznali, że korzystniejsze byłoby odejście W. Putina ze stanowiska. Im dłużej trwać będzie więc wojna na Ukrainie tym bardziej pogłębiać będzie się starcie Stanów Zjednoczonych z Rosją prowadzone środkami pozamilitarnymi i obliczone na wzajemne wyniszczenie.

W kolejnej części artykułu opowiemy Wam o tym, jak dysfunkcjonalny proces planowania inwazji na Kremlu przełożył się na przebieg początkowych działań wojennych na Ukrainie i ostateczne niepowodzenie „blitzkriegu”. Zastanowimy się również nad tym, czy podobne bolączki nie występują przypadkiem na mniejszą skalę także w polskim sektorze bezpieczeństwa…

Możecie z nami porozmawiać za pośrednictwem:

Zapiszcie się też na wysyłany przez nas co tydzień newsletter. Zawiera on komentarz do wydarzeń bieżących oraz ekskluzywne i prawdziwe anegdoty ze świata wojska i służb mundurowych.

2 komentarze “Dlaczego pierwszy etap rosyjskiej inwazji na Ukrainę zakończył się niepowodzeniem i jakie z tego płyną wnioski dla Polski? cz. 1/2

  1. Nawet gdyby miało dojść do wojny na wyczerpanie rodem z 1914 to można się spodziewać okopy jakie widziała ówczesna Francja zobaczymy, gdzieś w okolicach Dniepra, a wtedy Rosja będzie miała więcej argumentów niż Ukraina.
    1) Po domknięciu oblężeń Sum, Charkowa i Czernihowa upadek tych miast-twierdz stanie kwestią czasu… w przypadku tych pierwszych jak pokazuje przypadek Mariupola, że przy odpowiedniej determinacji to kwestia raczej tygodni jak miesięcy (chociaż Charków może być zwalczany w czasie dłuższym niż Powstanie Warszawskie) co powinno zwolnić do innych zadań bojowych jakieś kilkadziesiąt tysięcy wojska
    2) Wszystkie ukraińskie cele decydujące o systemie podtrzymywania długotrwałych są w zasięgu precyzyjnego rażenia Rosjan, a rosyjska ekspozycja na takową ze strony Ukrainy jest znikoma. Można też zakładać, że zdolności zwalczania rosyjskiej przewagi powietrznej stopniowo się wykruszają zatem wcześniej czy póżniej Rosja uzyska dominację nad kluczowymi regionami operacyjnymi co otworzy drogę do masywnych bombardowań ukraińskich pozycji czy ew. zrzucania desantów, gdzie obrońcy zaczną słabnąć.

  2. Moskwa na dnie…. Efekt tej klęski w wymiarze militarnym, politycznym czy propagandowym. To dla kremla uwłaczająca porażka. Nie będę udawał, że mnie to martwi. Wręcz przeciwnie jestem pod wielkim wrażeniem. Chciałbym aby ta druga Moskwa też była wkrótce na dnie. Zbliża się do tego z każdym dniem… To cieszy. Czy polecą następne zakute pały orków? Od tygodni lecą. Więc poleci jeszcze więcej. W systemie totalitarnym tak to działa… Na koniec jankesi zastanawiają się nad systemami uzbrojenia dalekiego zasięgu.. !!! Gorąco popieram.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Do Góry