Czy Polska jest w stanie przewidzieć inwazję Rosji na Ukrainę?

Czy Polska jest w stanie przewidzieć inwazję na Ukrainę

Szybka odpowiedź jest taka: naszym zdaniem, polska administracja niestety nie jest w stanie tego oszacować. A po dłuższą… zapraszamy do tekstu 😉 Opowiemy w nim o trzech kluczowych czynnikach, które powodują, że sektor bezpieczeństwa nie potrafi informować z wyprzedzeniem o takich sytuacjach jak możliwa inwazja Rosji na Ukrainę.

Wspomnianymi elementami są: brak długofalowej strategii działania na poszczególnych kierunkach, słabość służb wywiadowczych i niewydolność MSZ. Jakie są tego konsekwencje? M.in. zaniżona pozycja w relacjach z USA, brak wpływu na rozwój wydarzeń nad Dnieprem i nieodpowiedni wybór strategicznych priorytetów.

Z uwagi na to, że temat potencjalnej agresji na Ukrainę poruszyliśmy po raz pierwszy niecałe dwa tygodnie temu w newsletterze, zaczynamy więc w stylu newslettera. Czyli od anegdotki.

Pewnego dnia w jednej z polskich służb specjalnych…

Kilka lat temu, w jednej z polskich służb specjalnych odchodzący zastępca naczelnika przedstawiał swojemu następcy, oficerów pracujących w jego wydziale. W pewnym momencie wszedł do jednego z pokoi i mówi: „To jest Adam. Adam zajmuje się…” I wtedy na twarzy przełożonego pojawiła się konsternacja – właśnie, co robi Adam? 😉

Udało mu się jednak wyjść z sytuacji „z twarzą”: „Adam, powiedz sam nowemu przełożonemu, czym Ty się w sumie zajmujesz?” – wypalił odchodzący zastępca „naczosa”. Obserwując malujące się na jego twarzy zadowolenie można było odnieść wrażenie, że pomyślał wtedy sobie: „Ja to jednak jestem urodzonym operuchom.”

„Problem” powrócił jednak kilka pokoi dalej. Odchodzący „funkcyjny” spojrzał na kolejnego funkcjonariusza, intensywnie przy tym w duchu rozmyślając: kur… od czego jest ten gość? O, mam! „Marcin to się uczy teraz angielskiego” – kontynuował zapoznawanie funkcjonariuszy z nowym przełożonym odchodzący zastępca „naczosa”.

Skoro niektórzy naczelnicy nie wiedzą, co tak naprawdę dzieje się w ich wydziałach, to ciężko oczekiwać, aby Polska wiedziała, co dokładnie dzieje się w kluczowym z perspektywy naszych interesów kraju, jakim jest Ukraina. Ok, to było trochę złośliwe 😉 Ta anegdota to skrajny przypadek i nie należy na jej podstawie sądzić, że przełożeni w służbach nie znają swoich podwładnych.

Na pewno jednak większości członków kadry kierowniczej brakuje sprecyzowanej wizji pracy podległych im komórek i instytucji. Dlatego ciężko jest realizować długofalowe i szeroko zakrojone projekty w stylu opracowania systemu oceny ryzyka rosyjskiej interwencji na Ukrainę. Prowadzi to do powstawania luk informacyjnych i niskiej efektywności pracy służb specjalnych.

Co gorsza, długofalowej strategii działania brakuje również na najwyższych szczeblach aparatu państwowego.

Quo vadis Polsko?

Jednym z założeń polskiej polityki wschodniej miało być to, że silna pozycja RP na Wschodzie będzie umacniać jej rolę w UE. To z kolei umożliwi dalsze rozszerzanie wpływów naszego państwa w takich krajach jak Białoruś, Ukraina i Mołdawia. Polska powinna więc wspierać podmiotowość państw, które stanowią dla niej bufor zmniejszający niebezpieczeństwo ze strony Rosji.

Wpisywała się w to inicjatywa Partnerstwa Wschodniego, którą 10 lat temu krytykowano, często słusznie, m.in. za jej iluzoryczny charakter. Okazało się to uzasadnione, gdyż niedługo po wdrożeniu tej koncepcji okazało się, że Polska nie ma wystarczających narzędzi (a jej unijni partnerzy determinacji) do realnego oddziaływania na kraje wchodzące w skład partnerstwa.

W latach 2012-2013 nie udzielono m.in. należytego wsparcia Ukrainie, która dążyła wtedy do podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE. Rosyjska presja geoekonomiczna doprowadziła jednak do zapaści eksportu znad Dniepru i załamania się tamtejszej gospodarki. W. Janukowycz był więc zmuszony zawiesić rozmowy dotyczące pogłębienia integracji Kijowa z Brukselą.

Polska wyciągnęła z udzielonej jej wtedy przez Rosję lekcji nieprawidłowe wnioski. Zamiast wzmocnienia potencjału państwa, aby w przyszłości było ono w stanie udzielić namacalnej pomocy swoim wschodnim sąsiadom zdecydowano się na coś odwrotnego – abdykację z uprawiania ambitnej polityki na Ukrainie.

Z perspektywy czasu można więc stwierdzić, że Partnerstwo Wschodnie było chyba ostatnią zoperacjonalizowaną wizją aktywności Warszawy w relacjach z Kijowem. Wymiar strategiczny polskich działań zawsze pozostawiał wiele do życzenia. Istniała jednak „jakaś” wizja, z którą można było dyskutować i którą starano się realizować.

Od 2013 r. nasza administracja nie ma jednak pomysłu na to, jak dokładnie wykorzystać w relacjach z Kijowem potencjał, który narodził się podczas Euromajdanu. Systematycznie trwoniono zgromadzony wówczas kapitał społeczny, oraz dogodne możliwości ekspansji gospodarczej i politycznej na Ukrainie, która zaczęła radykalnie ograniczać wpływy Rosji na swoim terenie.

Próżnia strategiczna została wypełniona jałowymi sporami historycznymi na linii Warszawa – Kijów. Do sytuacji tej dostosowały się polskie instytucje. Nie zawracały sobie one głowy takimi kwestiami jak to, jak rozwiązać spór o Donbas. Głównymi tematami stały się za to wypowiedzi szefa ukraińskiego IPN, oraz codzienne „raporty” z sytuacji na Cmentarzu Orląt Lwowskich.

Zdjęto w ten sposób z MSZ-tu i Wywiadu, których funkcjonowanie i tak było dalekie od ideału, odpowiedzialność za działania strategiczne. Wystarczyło od czasu do czasu rzucić „na górę” dowód na to, jak dana instytucja „bohatersko broni godności narodu polskiego” (taki powierzchowny patos był i nadal jest „w cenie”) i to zaspokajało oczekiwania dotyczące pracy poszczególnych instytucji.

Takie zagadnienia jak aktywność Rosji na Ukrainie nie za bardzo kogokolwiek interesowały. Próżnia strategiczna na najwyższych szczeblach władzy i podporządkowanie polityki zagranicznej rozgrywkom wewnętrznym pogłębiło więc postępującą atrofię organizacyjną MSZ-tu i Wywiadu.

USA ostrzega Polskę przed groźbą interwencji Rosji na Ukrainie

Administracja RP wyrzekła się więc ambicji prowadzenia aktywnej polityki na Ukrainie. Problemy wewnętrzne i zewnętrzne tego kraju jednak nie zniknęły.

Dlatego, w drugiej połowie listopada do Polski przyleciała z wizytą Avril Haines – Dyrektor Wywiadu Narodowego USA. Miała ona ostrzec nasze władze przed możliwym atakiem Rosji na Ukrainę. „Poproszono” też Warszawę o rozpoczęcie ofensywy dyplomatycznej, mającej na celu przekazanie stanowiska Waszyngtonu w kwestii powstrzymywania działań Moskwy.

Zaraz po spotkaniu z przedstawicielką amerykańskich władz premier Mateusz Morawiecki udał się więc w „tournee” po Europie. Najpierw odwiedził państwa bałtyckie, następnie spotkał się z szefami rządów Grupy Wyszehradzkiej, a na koniec udał się z wizytą do Paryża, Berlina i Londynu.

Potwierdza to tezę, że polska administracja nie potrafi skutecznie monitorować aktywności militarnej Rosji i jest zaskakiwana jej posunięciami. Waszyngton zdaje się mobilizować Warszawę do działania mówiąc wprost: „ogarnijcie się”, bo skupiając się tylko na wycinku ekspansji Kremla (Białorusi), tracicie z pola widzenia inne działania (rywalizację o Ukrainę).

A to przecież pretendująca do roli regionalnego lidera Warszawa powinna pełnić rolę „adwokata” Kijowa na Zachodzie. Obecnie Polska jest jednak głucha i ślepa na to, co dzieje się nad Dnieprem. Nie była w stanie ani przewidzieć inwazji na Krym, ani wypracować sobie bliskich relacji z administracjami P. Poroszenki i W. Zełeńskiego.

Nasz kraj nie przedstawia więc dla Amerykanów żadnej wartości jako partner, z którym konsultuje się ewentualne posunięcia dotyczące Ukrainy. Dlatego rząd RP został obsadzony w roli „posła” USA, którego jedynym zadaniem jest przedstawienie stanowiska „wielkiego brata” w stolicach europejskich.

Polska nie posiada przy tym autonomicznych możliwości weryfikacji tego, w jakim stopniu Rosja rzeczywiście planuje agresję militarną. Zachowanie Moskwy jak i Waszyngtonu może być bowiem tylko grą mająca na celu umocnienie pozycji przed nadchodzącą rozmową pomiędzy W. Putinem, a J. Bidenem. Zostanie wtedy poruszona kwestia Donbasu i obecności NATO na Wschodzie.

Warszawa łamie więc przytoczone wcześniej zasady prowadzenia polityki wschodniej – nie posiada bezpośredniego wpływu na to, co dzieje się na Ukrainie, przez co cierpi również jej pośredni wpływ na sytuację w tym kraju, poprzez relacje z sojusznikami – USA i UE.

Co więcej, relatywnie niewielki kryzys migracyjny na granicy polsko-białoruskiej obnaża niewydolność aparatu państwa, który potrafi zajmować się jedynie „gaszeniem pożaru” na jednym froncie. Tymczasem inne zagrożenia są zaniedbywane, o czym alarmowaliśmy w poprzednim tekście.

Brak długofalowej strategii, a także słabość dyplomacji i wywiadu uniemożliwiają ponadto prawidłowe ustalenie hierarchii priorytetów. Polska nie ma już zbyt wiele do „ugrania” na Białorusi, a uporczywa odmowa „legitymizacji” władzy A. Łukaszenki niepotrzebnie odwraca uwagę od rywalizacji o przyszły status Ukrainy, wokół której gra cały czas się toczy.

Być może dlatego USA zdają się być daleko bardziej zainteresowane sytuacją na granicy ukraińsko-rosyjskiej niż polsko-białoruskiej. Z kolei Bruksela stawia na dyplomację w stosunkach z Mińskiem. Przyniosła ona już pierwsze rezultaty w postaci częściowego złagodzenia naporu migracyjnego i deeskalacji największego napięcia.

Brak zgody na rozmowy z A. Łukaszenką nie przynosi za to Warszawie żadnych namacalnych korzyści, przedłużając jednocześnie konieczność angażowania ogromnych środków w obronę wschodniej granicy RP. Pamiętać należy również, że migranci nie „znikną” ot tak, a osłabienie naporu na Polską granicę może oznaczać zwiększenie kłopotów Ukrainy.

Polskie władze mają oczywiście „moralną rację” twierdząc, że A. Łukaszenka sfałszował wybory. Już nie raz przekonaliśmy się jednak, że nie stanowi ona żadnej wartości w polityce międzynarodowej. Ewentualna rosyjska inwazja na Ukrainę lub niekorzystne z punktu widzenia naszych interesów porozumienie dotyczące Donbasu będą mieć z kolei znaczenie kolosalne.

ZIelone ludziki podczas inwazji na Krym
Polska powinna stale szacować ryzyko rosyjskiej agresji militarnej na sąsiednie kraje, gdyż ma to pośredni wpływ na bezpieczeństwo RP

Dlaczego wywiad nie potrafi oszacować ryzyka inwazji Rosji na Ukrainę?

Kojarzycie mini serial Dolina Łez? Jeśli nie, to polecamy go Wam. Opowiada o Wojnie Jom Kipur, czyli ataku militarnym koalicji Egiptu i Syrii na Izrael w 1973 roku. Pierwszy odcinek obrazuje m.in. działanie systemu wczesnego ostrzegania jaki utworzył Tel-Aviv na potrzeby szacowania ryzyka ewentualnej inwazji.

Na podstawie analizy sytuacji politycznej, a także zdolności wojskowych Egiptu i Syrii opracowano szereg założeń, które świadczyć miały o możliwej agresji na Izrael (np. ewakuacja rodzin radzieckich doradców z Syrii i Egiptu). Następnie starannie monitorowano każdy z tych czynników. Wywiad otrzymał jasne cele, od których realizacji zależała doktryna obronna Tel-Awiwu.

Analitycy otrzymywali więc z wyprzedzeniem mnóstwo informacji potwierdzających nadchodzącą inwazję. Trzeba przy tym podkreślić, że ówczesny egipski prezydent Anwar Sadat stosował wiele z obecnych „trików” W. Putina, m.in. dezinformację, oraz eskalację działań sięgającą niemalże progu wojny, czym starał się wywrzeć presję na przeciwnika i uśpić jego czujność.

Pomimo tego, wojnę Jom Kipur uznano za porażkę izraelskich agencji wywiadowczych – AmanuMossadu, które pomimo posiadania wystarczającej ilości informacji, szacowały że inwazja nastąpi później, niż miało to faktycznie miejsce. Władze i tak podjęły jednak minimalne środki ostrożności w postaci rozmieszczenia posiłków na Wzgórzach Golan i częściowej mobilizacji wojska.

Okazały się one mieć bardzo duże znaczenie dla przebiegu późniejszego konfliktu. Po jego zakończeniu, nie zważając na końcowe zwycięstwo militarne Tel-Awiwu, powołano tzw. Komisję Agranata, której celem miało być wyjaśnienie niewystarczającego przygotowania sił zbrojnych Izraela do ofensywy państwa arabskich.

W polskim sektorze bezpieczeństwa nie działa żaden z opisanych wyżej elementów. Z uwagi na brak długofalowej strategii działania na poszczególnych kierunkach i słabą koordynację działań administracji, praca wywiadu nie jest sprzężona z polityką państwa. Ponadto, na szczeblu operacyjnym system oceny ryzyka agresji militarnej nie istnieje lub nie funkcjonuje prawidłowo.

Punktem wyjścia dla takiego mechanizmu jest posiadanie bardzo dobrych analityków, którzy muszą dysponować rozległą wiedzę na temat rosyjskiego wojska i uwarunkowań polityczno-militarnych w tym kraju.

Przykładowo, bardzo ceniony przez nas analityk – Konrad Muzyka (disclaimer: nie znamy się osobiście, ale szanujemy jego pracę) „siedzi na temacie” od blisko dziesięciu lat i posiada dodatkowo wykształcenie kierunkowe i odpowiednie kompetencje językowe. Intuicja podpowiada nam, że wywiad nie dysponuje niestety wieloma osobami tego pokroju.

Polskie służby mają bowiem problemy z rekrutacją odpowiednich kandydatów. Utalentowanym analitykom, których uda się pozyskać trzeba ponadto zapewnić możliwości rozwoju i swobodę intelektualną. A z tym także nie jest najlepiej. Komponent analityczny w sektorze publicznym nie funkcjonuje więc prawidłowo. A to on powinien wyznaczać cele pracy operacyjnej.

To na podstawie wiedzy o specyfice rosyjskiej armii można dopiero określić czynniki wskazujące na stopień jego mobilizacji i przygotowania do ofensywy na danym kierunku. Informacje na temat poszczególnych elementów należy potem zbierać za pomocą narzędzi IMINT, SIGINTHUMINT. W każdej z tych dziedzin Tel Awiw posiada znacznie bogatsze zasoby niż Warszawa.

Z niewiadomych dla nas przyczyn polskie służby nie naciskają na rozwój zdolności w zakresie rozpoznania obrazowego (IMINT). Nie są też w stanie wynegocjować umowy z Amerykanami na podstawie której USA dostarczałoby potrzebnych nam danych pochodzących z rozmieszczonych na orbicie satelitów.

Z kolei przeszkodą w rozwoju wywiadu elektronicznego (SIGINT) jest ogólne zacofanie technologiczne instytucji bezpieczeństwa i niedobór wysoko wykwalifikowanych specjalistów. Na przykładzie działań amerykańskiej NSA możemy też wnioskować, że zasadniczy wpływ na zdolności SIGINT ma możliwość rozmieszczenia urządzeń przechwytujących komunikację.

Potrzebne do tego są odpowiednie okręty, samoloty, infrastruktura naziemna, a także umowy z partnerami, na mocy których np. Ukraina udostępniałaby swoje terytorium na potrzeby rozlokowania polskiej aparatury wywiadowczej. Dane z SIGINT i IMINT powinny być uzupełniane informacjami pochodzącymi od źródeł osobowych (HUMINT).

Wobec ogólnej słabości organizacyjnej wywiadu, braku mechanizmów odpowiedniej ewaluacji jego działań, awersji do podejmowania ryzyka przez polskie instytucje, słabości kadrowej służb i archaiczności szkolenia oficerów AW i SWW, zachodzą uzasadnione obawy co do tego, czy nasze agencje są w stanie pozyskiwać informacje o tej samej jakości, co ich izraelskie odpowiedniki.

Administracja RP nie potrafi się również uczyć na błędach. Zaskoczenie inwazją na Krym nie skłoniło nikogo do nawet powierzchownej ewaluacji nieskuteczności wywiadu i dokonania korekt w zakresie możliwości szacowania ryzyka rosyjskiej agresji militarnej. Z kolei w następstwie publikacji raportu Komisji Agranata, stanowisko straciła sama premier Golda Meier.

Porównanie rodzimego systemu wczesnego ostrzegania o nadchodzącej agresji Kremla z analogicznymi możliwościami Izraela przypomina więc trochę reklamy jednego z producentów piwa opatrzone hasłem „Prawie jak”. W spotach tych zestawiano ze sobą np. telefon na korbkę z telefonem GSM podkreślając różnicę między jakością, a jej namiastką.

„Prawie… robi wielką różnicę”.

Dyplomacja nie jest alternatywnym, niezależnym źródłem informacji

Na kilkanaście dni przed wybuchem Wojny Jom Kipur do Tel Awiwu przybył jordański król – Husajn, który ostrzegł premier Goldę Meier przed nadchodzącym atakiem ze strony Syrii. Pokazuje to komplementarną rolę jaką odgrywała dyplomacja względem informacji pochodzących z izraelskich agencji wywiadowczych.

Polski MSZ powinien więc pełnić rolę niezależnego ośrodka pomagającego w weryfikacji i uzupełnieniu materiałów dostarczanych przez służby specjalne. Niestety, jest dokładnie na odwrót, z czego zdają sobie sprawę dyplomaci. Rezultatem tego jest to, że zamiast dwóch kanałów przekazywania informacji posiadamy w rzeczywistości tylko jeden, imitujący dwa.

Polska placówka w Kijowie nie jest ponadto „machiną” nastawioną na pozyskiwanie i analizę informacji, a także oddziaływanie na lokalną rzeczywistość. Utrudnia to rozpoznanie kulis relacji na linii Rosja – Ukraina. Winy za ten stan rzeczy należy upatrywać w postawie naszych dyplomatów i słabości organizacyjnej MSZ-tu.

Działający za naszą wschodnią granicą chociażby dyplomaci litewscy posiadają większe kompetencje językowe, merytoryczne i są znacznie bardziej aktywni na różnego rodzaju eventach niż ich polscy odpowiednicy.

Przedstawiciele Wilna wykazują do tego inicjatywę w zakresie przedstawiania ukraińskiej administracji konkretnych rozwiązań. Potrafią też efektywnie alokować ograniczone środki finansowe jakimi dysponuje ich ambasada. W każdym z tych elementów wysłannicy Warszawy wykazują z kolei daleko posuniętą bierność.

Nie pomaga im w tym brak decyzyjności na polskiej placówce w Kijowie. Normą jest wysyłanie tysięcy klarisów do centrali z prośbą o podjęcie decyzji w każdej, nawet najbardziej błahej sprawie. Czekanie na odpowiedź dotyczącą np. udziału w konferencji może z kolei trwać i tydzień. Wpływ ambasadora na proces decyzyjny jest przy tym znikomy.

Jego pracy nie ułatwiają również wojny wewnętrzne trapiące MSZ. Zdarza się np., że osoba X zostaje odwołana z placówki, po czym składa „donos” na ambasadora u przedstawiciela „opozycyjnej” frakcji w ministerstwie, który to przywraca wspomnianego urzędnika na zajmowane wcześniej przez niego stanowisko w Kijowie.

To, o czym piszemy jest tak naprawdę jedynie wierzchołkiem chaosu panującego w polskiej dyplomacji. Jego konsekwencją jest to, że MSZ nie jest w stanie wytworzyć stojącej na wysokim poziomie analizy politycznej i relacji interpersonalnych mogących stanowić uzupełnienie innych informacji dot. rosyjskiej aktywności wojskowej na Ukrainie.

Brak możliwości prognozowania tak istotnych wydarzeń jak plany ekspansji militarnej Kremla jest więc wypadkową systemowych zaniedbań, które uniemożliwiają polskiej administracji radzenie sobie ze złożonymi problemami, wymagającymi koordynacji pomiędzy poszczególnymi instytucjami.

Mamy nadzieję, że nasze elity znajdą w sobie determinację do przygotowania strategii działania na poszczególnych kierunkach i reformy instytucji odpowiedzialnych za wdrożenie jej w życie, gdyż w przeciwnym razie będziemy wiecznie zaskakiwani ruchami rosyjskich wojsk. Nie napawa to niestety optymizmem w obliczu piętrzących się przed polskim sektorem bezpieczeństwa wyzwań.

Możecie z nami porozmawiać za pośrednictwem:

Zapiszcie się też na wysyłany przez nas co tydzień newsletter. Zawiera on komentarz do wydarzeń bieżących oraz ekskluzywne i prawdziwe anegdoty ze świata wojska i służb mundurowych.

Jeden komentarz na temat “Czy Polska jest w stanie przewidzieć inwazję Rosji na Ukrainę?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Do Góry