Czego chce Rosja i jak przebiegają jej negocjacje z USA w sprawie Ukrainy?

Władymir Putin

W ostatnich tygodniach dynamika sytuacji wokół Ukrainy uległa znacznemu przyspieszeniu. Rosja rozlokowuje coraz pokaźniejsze siły wokół granic tego kraju. Z kolei NATO wydaje się być podzielone w kwestii zakresu wsparcia, jakiego powinno udzielić rządowi w Kijowie. Najbardziej zdecydowane w tej kwestii są kraje wschodniej flanki Sojuszu.

Nie posiadają one jednak zasobów mogących wpłynąć na przebieg rozgrywki na linii NATO-Rosja. Przeciwni pomocy są Francuzi i w mniejszym stopniu Niemcy. Ukraina może za to liczyć na USA, UK i Kanadę, aczkolwiek ich wsparcie nie jest bezgraniczne. Zaniepokojenie budzi jednak skala żądań Moskwy, których centralnym punktem pozostaje niezmiennie status i dalsze losy Kijowa.

Fundamentalne problemy kryjące się za postulatami Kremla nie uległy bowiem zmianie od czasu „zamrożenia” konfliktu na Donbasie (2015 r.). Przyjrzyjmy się więc temu, czego tak naprawdę chce Rosja, a co jest tylko zasłoną dymną. Postaramy się też przybliżyć Wam podejście obydwu stron do toczących się pomiędzy Moskwą, a Waszyngtonem negocjacji, oraz możliwy wynik tych rokowań.

Cztery główne postulaty Rosji

Obserwacja posunięć Rosji, oraz analiza wysuniętych przez nią postulatów dotyczących tzw. „gwarancji bezpieczeństwa”, skłania nas do twierdzenia, że głównym celem prowadzonej obecnie przez Kreml polityki jest Ukraina. W. Putin wyznaczył sobie cztery główne cele w odniesieniu do tego kraju:

  • Wprowadzenie w życie porozumień mińskich, zgodnie z tym, jak interpretuje je Moskwa.
  • Zaakceptowanie przez USA, Niemcy i Francję statusu Ukrainy jako państwa neutralnego.
  • Redukcja potencjału militarnego Ukrainy, zwłaszcza jej współpracy wojskowej z USA.
  • Uzyskanie gwarancji dotyczących ograniczenia ekspansji NATO.

Rosja nieprzerwanie dąży do wcielenia w życie Porozumień Mińskich

Od 2015 roku Rosja nieprzerwanie dąży do wcielenia w życie porozumień mińskich, o których pisaliśmy szerzej tutaj. Doprowadziły one do zakończenia „gorącej” fazy konfliktu na Donbasie, ale nie do jego rozstrzygnięcia. Esencją wspomnianych dokumentów jest ograniczenie suwerenności Ukrainy.

Podpisany w stolicy Białorusi rozejm zakłada m.in. przyznanie szerokiego zakresu autonomii dla Donbasu, reformę konstytucji prowadzącą do przekształcenia kraju w federację regionów o różnym stopniu zależności od Kijowa, a także zapis o neutralności Ukrainy. W praktyce przekreśliłoby to ambicje tego państwa dotyczące akcesji do UE i NATO.

W idealnym scenariuszu Kreml pragnąłby również większego zaangażowania przedstawicieli tzw. Donieckiej i Ługańskiej Republiki Ludowej w negocjacje z Ukrainą. Rosja liczy na to, że z czasem również inne regiony wchodzące w skład tego państwa mogłyby wyrazić chęć posiadania statusu podobnego, do tego jakim cieszyłyby się władze Donbasu.

Jedyną zmianą w stanowisku Moskwy w zakresie porozumień mińskich jest de facto odmowa prowadzenia dalszych negocjacji w ramach Formatu Normandzkiego. Zakładał on, że odpowiedzialność za wcielenie umowy w życie spadnie na Berlin i Paryż. W. Putin uważa, że tylko Waszyngton może obecnie „zmusić” Kijów do wdrożenia wynegocjowanych wcześniej zapisów.

„Jedynym” problemem takiego postrzegania rzeczywistości jest nastawienie społeczeństwa ukraińskiego. Większość obywateli wolałaby pójść na wojnę z Rosją niż zaakceptować porozumienia mińskie w zaproponowanym przez Kreml kształcie. W związku z tym, mamy do czynienia z pewnego rodzaju paradoksem.

Nawet władze w Kijowie, (w szczególności najbliższe otoczenie W. Zełenskiego, na czele z szefem Biura Prezydenta A. Jermakiem) były w pierwszym okresie prezydentury obecnej głowy państwa gotowe na akceptację większości żądań Moskwy. Próba ich wdrożenia w życie skończyła się jednak wybuchem głębokiego sprzeciwu społecznego grożącego upadkiem rządu w Kijowie.

Niemcy i Francja, a w mniejszym stopniu także USA nie podzielają jednak stanowiska ukraińskiego społeczeństwa i wolałyby zawrzeć kompromis, zakładający wypełnienie większości postulatów Rosji. Nawet najbardziej pro-rosyjsko nastawiony rząd w Kijowie nie mógłby jednak pozwolić sobie na akceptację tych warunków, gdyż skutkowałoby to prawdopodobnie utratą władzy.

Sprawia to, że zadanie mediacji, które to przyjęły na siebie Stany Zjednoczone jest bardzo trudne. Pozwala ponadto domniemywać, że Amerykanie mogą wykorzystywać koncentrację wojsk rosyjskich do wywierania nacisków na Ukrainę, zmierzających do skłonienia władz tego państwa do zawarcia porozumienia z Rosją.

Neutralność Ukrainy

Od co najmniej kilku lat Kreml dąży do tego, aby społeczność międzynarodowa uznała Ukrainę za państwo neutralne, które nie posiada związków z NATO i UE. Powinno być ono jednocześnie przyjaźnie nastawione względem Rosji. Za modelowy przykład takiego rozwiązania wymieniana jest pozycja Kazachstanu w okresie rządów N. Nazarbajewa.

Neutralność ma posiadać również wymiar społeczny i językowy. Kijów powinien np. zrezygnować z wprowadzania rozwiązań mających na celu podważenie roli i popularności języka rosyjskiego na Ukrainie. Swobodę operowania na terenie tego kraju należałoby również zapewnić powiązanym z Rosją ośrodkom kulturowym i medialnym.

Praktyczną gwarancją neutralnego statusu Kijowa miałaby być realizacja porozumień mińskich, a w szczególności zapewnienie szczególnego statusu Donbasowi. Formalnie znajdowałby się on pod kontrolą stolicy, lecz w praktyce byłby mini-państewkiem z dominującą rolą Moskwy, która mogłaby w ten sposób wpływać np. na decyzje dotyczące polityki zagranicznej swego sąsiada.

Prawdopodobnie doszłoby więc do obniżenia statusu Ukrainy jako państwa suwerennego. Kreml zdaje sobie jednak sprawę z tego, że Waszyngton może nie być w stanie „narzucić” Kijowowi rozwiązań gwarantujących wpływ władz lokalnych „autonomicznego regionu” na decyzje podejmowane na poziomie centralnym.

Moskwa obawia się ponadto, że Ukraina mogłaby z czasem zmarginalizować rolę Donbasu lub doprowadzić wręcz do oderwania się tego regionu od reszty kraju (na zasadzie wyboru mniejszego zła). Miałoby to umożliwić kontynuację zbliżenia Kijowa z Zachodem. Dlatego Rosja chce posiadać gwarancje uniemożliwiające integrację Ukrainy z NATO i UE.

W idealnym dla Moskwy scenariuszu mogłaby to zapewnić m.in. odpowiednia klauzula zawarta w deklaracji podsumowującej szczyt NATO lub umieszczona w nowej koncepcji strategicznej sojuszu. Przyjęcie takiego dokumentu planowane jest podczas spotkania członków paktu w Madrycie w 2022 roku.

Pozbawiony alternatywnego wektora prowadzenia polityki zagranicznej Kijów byłby w takim przypadku skazany na ułożenie sobie relacji z Moskwą w formacie bilateralnym. Unieważniłoby to również decyzję podjętą przez Sojusz w 2008 roku w Bukareszcie, kiedy to podkreślono politykę „otwartych drzwi”, mającą umożliwić w przyszłości członkostwo w NATO Ukrainie i Gruzji.

Redukcja potencjału militarnego Ukrainy i współpracy wojskowej z USA

Kreml jest zaniepokojony rozwojem potencjału militarnego Kijowa. Szczególnie alarmująca z perspektywy Rosjan jest współpraca wojskowa z USA, a także systematyczna rozbudowa zdolności ukraińskich sił zbrojnych. Im są one bowiem silniejsze, tym mniejsze możliwości wywierania presji wojskowej posiada Moskwa.

W ostatnim czasie, czerwoną lampkę na Kremlu aktywowało nadanie Ukrainie w ramach NATO statusu tzw. „Enhanced Opportunities Partner” (partner zwiększonych szans) w czerwcu 2020 roku. Pomimo tego, że nikt na Zachodzie nie zakłada otworzenia przed Kijowem drogi do członkostwa w sojuszu, to w oczach Moskwy przyspieszy to militaryzację terytorium jej zachodniego sąsiada.

Według Kremla może to być również krok zbliżający Ukrainę do statusu kluczowego zewnętrznego sojusznika NATO, co zniosłoby ograniczenia związane z współpracą wojskową tego kraju z USA. Moskwa zdaje sobie przy tym sprawę z tego, że już teraz Kijów jest jednym z największych odbiorców amerykańskiej pomocy militarnej, która wyniosła w 2021 ok. 400 milionów USD.

Ukraina rozwija ponadto własne zdolności militarne. Zaniepokojenie Moskwy wywołało zwłaszcza użycie po raz pierwszy przez tamtejsze siły powietrzne tureckich dronów Bayraktar TB2. Pod koniec października artyleria należąca do oddziałów tzw. Donieckiej Republiki Ludowej przeprowadziła ostrzał ukraińskich pozycji w wyniku którego zginął jeden żołnierz.

W odpowiedzi Ukraińcy dokonali precyzyjnego uderzenie przy pomocy bezzałogowca. Jedna z haubic została zniszczona, a atak separatystów ustał. Wcześniej Kijów z różnych powodów nie decydował się na przeprowadzanie podobnych operacji. Niedawno żołnierze ukraińscy po raz pierwszy przetestowali również amerykańskie pociski Javelin.

Wszystko to sprawia, że Rosja zaczyna postrzegać Ukrainę jako wysuniętą bazę NATO, co według niej dotyka już „czerwonej linii”, po przekroczeniu której Kreml jest gotów podjąć agresywne działania. Niepokój potęguje również to, że wraz z rozwojem zdolności wojskowych Ukrainy koszty potencjalnej rosyjskiej interwencji ulegają zwiększeniu.

Ograniczenie ekspansji NATO

Moskwa domaga się ponadto ograniczenia ekspansji NATO. Ma przy tym na myśli zarówno potencjalną akcesję do sojuszu kolejnych krajów jak i rozmieszczanie broni ofensywnej na terytorium państw leżących w sąsiedztwie Rosji.

Według Kremla, NATO powinno więc nie tylko odwołać decyzję podjętą na szczycie w Bukareszcie, dotyczącą możliwości wstąpienia w szeregi paktu Ukrainy i Gruzji. W. Putin chciałby uzyskać zapewnienie, że sojusz nie zostanie powiększony również o inne państwa. Ograniczeniu powinna ulec również pomoc wojskowa udzielana krajom leżącym w sąsiedztwie Rosji.

Moskwa domaga się zwłaszcza nierozmieszczania na obszarach państw okalających Federację Rosyjską broni ofensywnej, m.in. systemów rakietowych. W. Putin mówi wprost, że nie wyobraża sobie, aby np. na terenie Ukrainy ulokowana była broń mogąca razić cele w Moskwie w czasie 7-10 minut. Ograniczeniu lub zaprzestaniu powinny ponadto ulec ćwiczenia NATO w regionie.

Chodzi zwłaszcza o obszar Morza Czarnego, na którym w lecie 2021 roku doszło m.in. do przepłynięcia przez przez wody terytorialne okalające Krym brytyjskiego niszczyciela. Nie ulega jednak wątpliwości to, że skala rosyjskich żądań jest ogromna. Moskwa musi sobie zdawać sprawę z tego, że jej oczekiwania są nierealistyczne w co najmniej kilku aspektach.

Prawdopodobnie liczy się również z tym, że ewentualne rozbrajanie wybranych obszarów, zwłaszcza tych należących do państw członkowskich mogłoby się odbyć jedynie na zasadach wzajemności. Gotowość Rosji np. do demilitaryzacji Krymu, czy Obwodu Kaliningradzkiego jest natomiast bardzo wątpliwa.

Pozycja negocjacyjna Rosji

Ukraina jest krajem bardzo ważnym z punktu widzenia osobistych ambicji W. Putina, polityki historycznej Kremla, a także ze względu na jej wartość strategiczną. Możliwym jest, że rosyjski prezydent traktuje podporządkowanie sobie Kijowa jako element zapewniający mu zapisanie się na kartach historii jako przywódca, dzięki któremu przywrócono „imperium” Moskwy „dawny blask”.

Jakiś czas temu W. Putin uznał najwyraźniej, że przyszedł odpowiedni moment na rozwiązanie kwestii Ukrainy. Negocjacje jej dotyczące toczą się już bowiem od miesięcy. 11 października D. Medwedew opublikował w gazecie Kommersant artykuł, w którym stwierdził, że rozmowy z obecną administracją w Kijowie, która „ciągle zmienia swoje stanowisko” są „bez sensu”.

Z kolei 19 października S. Ławrow ujawnił, że Rosja już kilka lat temu zapraszała USA do formatu normandzkiego (negocjacje dot. Ukrainy pomiędzy Rosją, Ukrainą, Francją i Niemcami). Kraje UE nie wyraziły jednak na to zgody. W międzyczasie toczone były rozmowy pomiędzy podsekretarz stanu USA – V. Nuland i zastępcą szefa administracji prezydenta FR – D. Kozakiem.

Niedługo potem z wizytą do Moskwy udał się dyrektor CIA W. Burns. Równolegle do toczących się negocjacji, Kreml systematycznie eskalował sytuację. Doprowadził m.in. do pogłębienia kryzysu gazowego w Europie i kontynuował koncentrację wojsk na granicy z Ukrainą. Rosja nieustannie sygnalizowała przy tym, że kraj ten ma dla niej znaczenie kluczowe, a dla USA jedynie marginalne.

Zabiegi te należy uznać za przygotowywanie fundamentów pod prowadzone obecnie rozmowy na najwyższym szczeblu. Negocjacje komplikuje jednak wzajemny brak zaufania obydwu stron. Powołując się na znikomą skuteczność rokowań w ramach formatu normandzkiego, Rosja domaga się zapewne dowodów na to, że USA zdołają tym razem wcielić porozumienia mińskie w życie.

Z kolei Ameryka chciałaby zapewne zrobić to „po cichu”, bez groźby wybuchu wojny i bez podważania wiarygodności NATO, a także obecnej architektury bezpieczeństwa. Dlatego Stany Zjednoczone domagają się deeskalacji i wycofania wojsk rosyjskich z obszaru wokół granicy z Ukrainą. Chcą również gwarancji tego, że podobna sytuacja nie powtórzy się w przyszłości.

Doprowadziło to zapewne do pojawienia się impasu w negocjacjach. Moskwa stara się przełamać go za pomocą presji militarnej wywieranej na przeciwniku. W Rosji mówi się nawet czasem, że ci którzy nie słuchają Ministra Spraw Zagranicznych S. Ławrowa, będą musieli zmierzyć się z Ministrem Obrony S. Szojgu.

Innymi słowy doktryna militarna Kremla jest czymś pomiędzy Clausewitzowską konfrontacją bezpośrednią, a strategią Sun Tzu, który uważał, że najwyższą formą sztuki wojennej jest pokonanie przeciwnika bez walki. Dlatego Moskwa stosuje kombinację środków dyplomatycznych i militarnych, aby wpłynąć na złagodzenie postawy Waszyngtonu i spełnienie żądań Kremla.

Nieustannie zwiększając presję, W. Putin ma przy tym nadzieję na wypracowanie porozumienia na drodze dyplomatycznej. Zdaje sobie sprawę z tego, że koszty potencjalnej agresji mogą być ogromne – począwszy od sankcji, poprzez dalszą alienację ukraińskiego społeczeństwa, a nie wspominając nawet o zasobach potrzebnych do ewentualnej okupacji terenów sąsiedniego kraju.

Kreml liczy jednak na to, że przekona Biały Dom co do tego, że jest w stanie ponieść nawet najwyższą cenę w imię realizacji strategicznych interesów Rosji. W optyce Moskwy może to paradoksalnie uchronić ją od konieczności podjęcia ryzykownej i kosztownej interwencji zbrojnej.

Pozycja negocjacyjna USA

Waszyngton ma świadomość tego, w co gra Moskwa. Wbrew pojawiającym się okresowo w Polsce komentarzach sprowadzających J. Bidena do roli staruszka, który nie ma wystarczająco siły, aby przeciwstawić się W. Putinowi, USA podjęły bardzo szeroko zakrojoną ofensywę dyplomatyczną. Jej celem było utrzymanie spoistości NATO.

Amerykanie jeszcze w zeszłym roku odbyli tournee po Europie, podczas którego namawiali swoich sojuszników do zdecydowanej postawy wobec Kremla. To właśnie na polecenie Waszyngtonu m.in. premier M. Morawiecki udał się na rozmowy w państwach bałtyckich, a także poprosił o zwołanie szczytu Grupy Wyszehradzkiej.

Wszystkie te spotkania miały na celu przedstawienie stanowiska USA dotyczącego Ukrainy i należy je uznać za udane. Pomimo dzielących rządy w Waszyngtonie, Berlinie i Paryżu różnic dotyczących polityki względem Kijowa i Moskwy, NATO w sferze werbalnej pozostaje nadzwyczaj spójne. Amerykanie systematycznie zwiększają też zakres pomocy militarnej dla Ukrainy.

Niekoniecznie musi to jednak wynikać z przyczyn, na które liczy się część polskich elit, czyli woli powstrzymywania „złej” Rosji. USA obawiają się wybuchu wojny na Ukrainie przede wszystkim dlatego, że podważa to ich rolę jako gwaranta światowego bezpieczeństwa. To z kolei mogłoby otworzyć „puszkę pandory” dla innych sporów terytorialnych w Europie i przede wszystkim w Azji.

Co również bardzo istotne, Stany Zjednoczone nie chcą konfliktu z Rosją, gdyż uważają, że popchnęłoby to Moskwę jeszcze głębiej w objęcia Pekinu. To z kolei byłoby niekorzystne dla interesów Waszyngtonu w obszarze Pacyfiku. Administracja J. Bidena dostrzega ponadto potrzebę współpracy z Kremlem w odniesieniu do innych wyzwań globalnych (np. cyberbezpieczeństwa).

Dlatego USA będą starały się za wszelką cenę uniknąć wojny, próbując „zachować przy tym twarz”. Władze w Waszyngtonie są więc skłonne do ustępstw na rzecz Moskwy. Potwierdziło to m.in. wycofanie przez nie politycznego poparcia dla członkostwa Ukrainy w NATO, czy powstrzymanie się od nałożenia sankcji, które mogły znacząco utrudnić ukończenie Nord Stream 2.

W odniesieniu do obecnych negocjacji z Rosją wygląda na to, że Amerykanie są skłonni zaakceptować jej żądania dotyczące porozumień mińskich, a także neutralności tego kraju. Niemożliwe jest oczywiście ratyfikowanie przez Senat jakiejkolwiek umowy wprost wykluczającej przystąpienie Kijowa do grona krajów Sojuszu Północnoatlantyckiego.

Waszyngton jest jednak zdania, że w praktyce Stany Zjednoczone respektują postulat o neutralności odrzucając m.in. możliwość wysłania wojsk na Ukrainę. Przyznają również wprost, że przyjęcie tego kraju do NATO jest obecnie wykluczone, choć nie odmawiają rządowi w Kijowie prawa do zgłaszania woli akcesji do struktur organizacji.

USA nie godzą się jednak na otwarte przekazanie Ukrainy do wyłącznej strefy wpływów Rosji (np. poprzez wpisanie deklaracji o braku akcesji do sojuszu do dokumentu podsumowującego szczyt jego członków). Wykluczone są również ustępstwa dotyczące przyszłości NATO, prowadzonych przez niego operacji, oraz ograniczenia w udzielanej wybranym krajom pomocy militarnej.

Nie zmienia to faktu, że coraz więcej osób w Waszyngtonie zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że polityka nieograniczonego rozszerzania Sojuszu Północnoatlantyckiego była błędna, czego negatywne efekty Amerykanie obserwują obecnie. Sytuacja na Ukrainie i złe relacje z Rosją odciągają ich uwagę od głównych priorytetów administracji J. Bidena.

W osiągnięciu optymalnego porozumienia z Moskwą „przeszkadza” jednak Kijów. Wywarciu presji na tamtejsze władze służyć ma m.in. inspirowanie przez USA informacji wskazujących na nieuchronność inwazji Rosji. Nie oznacza to oczywiście, że pogłębiająca się mobilizacja jej wojsk jest fikcją. Wręcz przeciwnie – wskazuje ona na to, że opcja taka może być rozważana.

Waszyngton zdaje sobie jednak sprawę z tego, że do eskalacji dojdzie jedynie w przypadku braku osiągnięcia porozumienia dyplomatycznego i będzie ona miała prawdopodobnie ograniczony charakter. Podobnie jak Rosjanie, Amerykanie widzą jednak szansę na uniknięcie wojny w przekonaniu wszystkich o powadze intencji Kremla, aby dzięki temu osiągnąć kompromis.

Jaki wybór posiada w tej sytuacji Polska?

Ukraina stanowi punkt wyjścia do odbudowy rosyjskiej strefy wpływów. Ten strategiczny cel Moskwa stara się realizować od co najmniej 2007 r., coraz częściej sięgając przy tym po środki militarne. Z kolei NATO nie potrafi przeciwstawić długofalowej i przemyślanej polityce Rosji własnego, jednolitego stanowiska.

Co więcej, pomimo iż sojusz posiada ogólną przewagę wojskową nad Federacją Rosyjską, to jednak w Europie Wschodniej to W. Putin dysponuje punktowo większymi siłami, które jest ponadto w stanie znacznie szybciej przerzucać. Rosja nie posiada natomiast wystarczających zasobów, aby pozwolić sobie na całkowite zajęcie i okupację Ukrainy.

Te dwa czynniki – brak jednolitej polityki państw NATO względem Rosji i miejscowa różnica potencjałów militarnych powodują strukturalne napięcia na Ukrainie. Rosja może dzięki temu używać presji militarnej jako środka mającego skłonić Zachód do ustępstw.

W tej sytuacji RP ma dwa wyjścia – pierwsze to dorosnąć do roli gracza regionalnego i postarać się przechylić szalę zwycięstwa na stronę państw wspierających Ukrainę. Zadanie to jest bardzo ambitne. Wymaga m.in. przekonanie Amerykanów o tym, że Polska mogłaby wnieść do gry znaczące zasoby pozwalające na skuteczne powstrzymywanie Rosji.

Alternatywą jest akceptacja prowadzonego z Rosją dialogu, zmierzającego do kompromisu, który przynajmniej częściowo uderzy w nasze interesy. Czasem jednak minimalny wpływ na dialog jest lepszy od stania z boku i bycia postrzeganym jako gracz, który nie proponując żadnych alternatyw, dąży do obstrukcji działań innych państw.

Pewne jest też to, że obecne rozmowy na linii Rosja – USA są jedynie „bitwą” w ramach dłuższej „wojny”. Wciąż aktualne pozostaje więc pytanie o to, czy Warszawa będzie w przyszłości w stanie włączyć się w skomplikowaną rozgrywkę Waszyngtonu i Moskwy, które świadomie prowadzą świat na skraj konfrontacji, aby tak naprawdę jej uniknąć?

Możecie z nami porozmawiać za pośrednictwem:

Zapiszcie się też na wysyłany przez nas co tydzień newsletter. Zawiera on komentarz do wydarzeń bieżących oraz ekskluzywne i prawdziwe anegdoty ze świata wojska i służb mundurowych.

4 komentarze “Czego chce Rosja i jak przebiegają jej negocjacje z USA w sprawie Ukrainy?

  1. Przepraszam, a NS2? Francja chce wysłać ludzi do Rumunii a Niemcy stare chełmy. A co będzie jak USA i zachód ustąpią? Putin się zatrzyma:))))))

    1. Rosja ma atrakcyjniejsze cele niż Polska… np. Bałkany, na które chrapkę ma też Turcja. Zatem najpierw musi się wyklarować sytuacja tam, aby Putin myślał o dalszym marszu na Zachód.

  2. Dla Rosji a w zasadzie jej elit rządzących zagrożeniem jest istnienie demokratycznych państw i tzw kolektywnego zachodu. Ten zachód posiada niesamowita siłę sprawiająca, że ludzie chwytają się kół startującego samolotu czy skrawka jakiegoś pontonu żeby tylko mieć szansę na lepsze życie. Ta siła to marzenie o dobrym i spokojnym życiu. Tylko rozpalenie tego marzenia wśród Rosjan może wysadzić ekipę żądzącą państwem. Dlatego konflikt pomiędzy zachodem a Rosją i Chinami jest nieuchronny bo istnienie demokracji jest kluczowym zagrożeniem dla tych systemów totalitarnych. Putin kiedyś powiedział, że jeśli wiadomo, że trzeba będzie się bić to lepiej uderzyć jako pierwszy. Amerykanie może zrozumieli, że nigdy nie pozyskają Rosji w walce przeciwko Chinom właśnie z tego powodu. Ponieważ muszą się zaangażować w Azji to wykorzystując Putina chcą stworzyć w Europie siłę umożliwiająca blokowanie Rosji. Co my możemy zrobić? Grać w grę innych albo wywrócić stolik. Czy jesteśmy w stanie zaproponować coś nowego naszym sąsiadom na wschodzie z Rosją włącznie? Coś co zarówno zaspokoi ambicje mocarstwowe zwykłych Rosjan, marzenia młodej Ukrainy i naszą potrzebę wolności i swobody? Jakąś Unię Słowiańską? W sumie podstawą do współpracy jakaś jest – wszyscy lubimy pić wódkę…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Do Góry